martwe wody

Zombie czyli komedia pierwszej wody.

Zajadają się ludzkim mięsem. Przynajmniej raz dziennie odwiedzają karczmę „Pod rozbitą czaszką”. Poruszają się z trudem, tak jakby cały czas chodzili po głębokiej wodzie i to dodatkowo czymś obciążeni. Porozumiewają się z innymi rzadko. Czasem coś burkną, warkną albo krzykną na widok policjanta: „Dzieci do domu”. Zombie. Żywe trupy.

Opanowały wyobraźnię twórców scenariuszy filmowych blisko dekadę temu. Są groźne. Infekcja, która zamienia ludzi w monstra przenosi się szybciej niż informacja o tweecie niektórych polityków.

Czy można o nich nakręcić zabawny film, inteligentną komedię, coś co ogląda się pomimo wszystko z przyjemnością? Tak. Udało się to Edgarowi Wrightowi w 2004 roku. Jego „Wysyp żywych trupów” był arcydziełem i mnie osobiście rozśmieszył do łez. Rechotałem jak kości w starej trumnie, zrywałem sobie boki, ale w przeciwieństwie do zombie, zrywałem je ze śmiechu.

Jednak Simon Pegg i Nick Frost na wysyp żywych trupów zachorowali we współczesnym Londynie. Większość filmów o zombie dzieje się dzisiaj. Akcja niektórych rozpoczyna się w niedalekiej przyszłości. Epidemia wybuchnie wkrótce, a jej przyczyny pozna jedynie Milla Jovovic. Czy dałoby się jednak przenieść takie perypetie w czasie? Na przykład do Francji na przełomie XIX i XX wieku?

Pewnie tak. Czy film ten będzie śmieszny? Niezwykle, o ile spełnione zostaną dwa warunki. Po pierwsze zombie muszą straszyć na francuskim wybrzeżu. Tam, gdzie w czasie odpływu można znaleźć omułki. Po drugie wyreżyseruje go rówieśnik Tima Burtona – Bruno Dumont, postać w naszym kraju właściwie nie znana, chociaż w Cannes ma swój specjalny czerwony dywan.

Jego „Martwe Wody” obejrzałem wczoraj. Poznałem je więc chyba po wszystkich, ale warto było czekać. Dawno nie bawiłem się tak dobrze w kinie. I cieszę się, że dystrybutor tym razem znalazł kapitalne polskie tłumaczenie dla tytułu. Tak jak „Martwica mózgu” jest to film o zombie. Jednak, co jest niezmiernie istotne, nie jest to kino kampowe.

Jesteśmy we Francji w okresie fin de siecle’u. Oto do nadmorskiej posiadłości, której kształt przypomina egipski grobowiec, przyjeżdża grupa letników. Zamożnych, a więc jak wieprzowina wystawiona na słońce, zepsutych.

Nie tylko genetycznie. Jak wiadomo dochodziło wówczas do małżeństw wśród krewnych. Podyktowanych potrzebą kumulacji czy utrzymania kapitału. By zobaczyć, do czego dochodziło jeszcze trzeba pójść do kina. Sceny, w której Juliette Binoche skarży się bratu na swój przerażający los nie napisałby ani Bergman, ani Strindberg. Jest zbyt śmieszna.

Burżuazja w tamtych czasach była klasą umierającą i cierpiała. Puści, wydrążeni ludzie. Powtarzający bezmyślnie górnolotne frazesy znany z wierszy Baudelaire’a czy Rimbauda. Zachwycający się naturą, prostym człowiekiem, przesadnie demonstrujące uczucia. Dumont wygrywa to w sposób doskonały. Szybko orientujemy się jednak, że nie o satyrę obyczajową w jego filmie chodzi.

Egipski sarkofag służący jako letnia rezydencja bohaterów, slapstickowy sposób poruszania się Andre van Peteghema, trochę jak Igor z „Frankensteina”, mumia, czy zombie, sprawia, że film zamienia się w tarantinowską zabawę z widzem. Cytaty z niezliczonym gatunków filmowych piętrzą się i iskrzą, a reżyser prowadzi nas przez nie jak Ariadna. Proszę sobie jednak wyobrazić córkę Minosa rozchichotaną, błyskotliwą i pełną zaskakujących pomysłów.

Widzimy więc szaleństwo elit i upadek warstw najbiedniejszych. To wątek społeczny. Pojawia się ktoś zagubiony w swojej seksualności i pytanie o to, jak reagujemy wobec „innych” „obcych”. Jest więc gender. Wątek kryminalny? Detektyw jest, ale skrzypi niczym nadmuchany materac. Ociężały. Raczej turla się niż chodzi. Jego pomocnikiem nie jest przystojny doktor Watson, ale Charlie Chaplin. W dodatku rudy. Ich śledztwo nie prowadzi donikąd. Przez cały film stoi. Po kostki w mule lub piasku.

Mamy też w filmie tym romans. Budzący grozę, jeśli poznało się tożsamość zakochanych. Romans zakazany, jak u Szekspira. Proszę sobie wyobrazić, że Romeo mówi do Julii: „Najdroższa, jesteś tak słodka, że schrupałbym Cię w całości”. I wcale nie żartuje.

Są wreszcie gotowi na wszystko ratownicy, ale brzydcy, brudni, zaprzeczenie tych ze „Słonecznego patrolu”. Jest Matka Boska pozwalająca po hippisowsku „odlecieć” swoim wiernym. Czeka nas tam także niezliczona liczba slapstickowych gagów wziętych żywcem z kina niemego. No i zombie. Cała rodzina pachnących ryba potworów.

Mieszanka to wybuchowa, niebezpieczna, ale każdy komu nie przeszkadzają gusta kulinarne Hannibala Lectera będzie bawił się dobrze.

Zdradziłem już wiele szczegółów. Na zakończenie powiem jedynie, że „Martwe wody” to jedyny w historii kina film o zombie rozgrywający się przed Apokalipsą. W roku 1918 kataklizm Pierwszej Wojny Światowej pogrążył znaną bohaterom Dumonte’a cywilizację w gruzach. Jego zombie byli w tym wypadku zagłady tej zapowiedzią. Reżyser jest więc konsekwentny. Jego poczucie humoru przewrotne. A to w dzisiejszym kinie rzadkość.

Polecam stanowczo. I z radością ogłaszam, że komedia jako gatunek znów ma się dobrze. Wystarczyło ja tylko pomalować na czarno.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Zombie czyli komedia pierwszej wody.' masz 2 komentarzy

  1. 2 sierpnia 2017 @ 3:23 pm Adam

    Idę

    Reply

    • 3 sierpnia 2017 @ 11:48 am Misiek

      W razie czego zwracam pieniądze. Idźcie w dziesięć, dwanaście osób 🙂

      Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl