bel_canto-shimmering__warm___bright-front

Co powstanie jeśli schwytany w nasze sieci Moby Dick zaproponuje: „Wypuść mnie, a spełnię Twoich 10 życzeń”? Pierwsza płyta Bel Canto.

Odkąd White Stripes nagrali swoją „Seven Nation Army” a świat oszalał na jej punkcie, wróciła moda na męsko damskie duety. Oczywiście moda ta wynika przede wszystkim z obowiązującej obecnie tendencji, że grać każdy może, a prawdopodobnie łatwej jest poprosić długonogą koleżankę, by zagrała na basie, niż użerać się z watahą nadużywających alkohol kolesi. Jednak na nasze potrzeby przyjmijmy, że rockowe duety znowu są modne dzięki sukcesowi White Stripes. Sukcesowi, którego ja, prawdę mówiąc, nigdy zrozumieć nie potrafiłem. Ok, „Seven Nation Army” powala, ale większość pozostałych numerów mnie nudzi. Oddanych fanów najmocniej za to przepraszam. Biję się w pierś, potępiam własne myśli.

W tych samych blachach, co Jack i Meg wypiekają więc swoje ciastka Alison Mosshart i Jamie Hince, którzy czując zapach wanilii sukcesu założyli The Kills. Sama Alison tak pokochała przepisy z kuchni White’ów, że na jakiś czas zdradziła Jamiego, by razem z Jackiem tworzyć bułeczki The Dead Weather. W tej samej formie pieką także  Madeline Follin i Brian Oblivion z Nowego Jorku, którzy jak Cults podbili zeszłego lata listy przebojów. To nic, że więcej tam popowej polewy i lukru. Przepis jest ten sam. Rockowe duety to kapele przednie, jeśli jako kryterium weźmiemy to , ile hałasu może wytworzyć dwójka ludzi na scenie.

Płyty The Kills rządzą w podsumowaniach najlepszych dokonań dekady. Cults nagrał do tej pory krążek jeden, ale na tyle dobry, że nazwa warta jest zapamiętania. Czas pokaże, czy słusznie. Formuła „ona i on” na scenie się sprawdza, ale, i tu dochodzimy do sedna, White Stripes nie byli pierwsi. I nie będziemy to sięgali po „I got you” Sonny’ego Bono i Cher czy „Close To You” The Carpenters. Zostaniemy w słodkich latach osiemdziesiątych. Nie, nie o Roxette nam chodzi, lecz tak, o zespół ze Skandynawii.

W czasach, gdy australijski Dead Can Dance rozpalił w sercach milionów fanów gotycki ogień, na norweskich fiordach spotkała się trójka ludzi. Anneli Drecker, Geir Jenssen i Nils Jahansen. Prawdopodobnie stali wówczas na skalistym występie wznoszącym się ponad morzem i słysząc to, o czym morze im opowiadało, pomyśleli: „A gdyby tak to spróbować podbić świat, Nils jak myślisz, wszak płynie w nas Wikingów krew”. Tak słowo stało się ciałem i chociaż Geir zdecydował się bardzo szybko na karierę solową, Anneli i Nils pozostali konsekwentni. „Pokażmy tym od kangurów, czym dziobak wodę piję”

Kraje zasiedlone przez potomków Wikingów świat muzyczny miał wówczas w głębokim poważaniu. Bjork grała jeszcze w punkowym Sugarcubes, a kolesie z Sigur Ros kończyli podstawówkę. Bel Canto, bo tak zdecydowali się nazwać swoja grupę Anneli i Nils, byli więc niejako prekursorami. A jednak nagrali sześć albumów, za które każdy, kto doznawał niebiańskich rozkoszy słuchając „Within The Realm Of Dying Sun” powinien oddać życie, a przynajmniej złożyć w ofierze wszystkich członków swojej rodziny. Tak, Mamo, wszystkich!

Jak wyglądałyby norweskie fiordy polane bitą śmietaną z truskawkami? Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, ale mogę, chociaż dla wielu byłoby to przeżycie traumatyczne, spróbować zanucić melodię, jaka mogłaby w tym krajobrazie zabrzmieć. Czy średniowieczni Wikingowie byliby w stanie zatańczyć na Woodstock pozostawiając głowy na karkach kolesi z namiotu obok? Nie wiem, ale znam muzykę, która by im w tym pomogła. Co by się stało, gdyby Martin Gore urodził się w Trondheim? Założyłby Bel Canto z boską Anneli.

Wyobraźmy sobie Moby Dicka, który po schwytaniu w sieci mówi: „Wypuść mnie, a spełnię twoich 1o życzeń”. Otrzymalibyście pierwszą płytę Bel Canto, która brzmiała tak:

Bel Canto – Blank Sheets

Bel Canto – Without You

Bel Canto – Baltic Ice-Breaker

A jeśli te trzy piosenki nie zachęciły Was jeszcze do oddania duszy we władanie wspomnianej dwójce Norwegów, z kronikarskiego obowiązku muszę zamieścić jeszcze trzy kolejne z płyty następnej. „Birds of Passage” ukazał się w roku 1989, numerów z płyty następnej czyli z „Shimmering, Warm and Bright” zamieszczać nie będę. Nabędziecie je na kolejnym pikniku Po Co Nam Dzień Ziemi Skoro Mamy Płyty Wszech czasów odbywającym się jak co roku na Polach Mokotowskich.

Bel Canto – The Suffering

Bel Canto – Picnic On The Moon

Bel Canto – A Shoulder To The Wheel

A do Bel Canto na pewno jeszcze na naszych łamach wrócimy. Obiecuję.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Co powstanie jeśli schwytany w nasze sieci Moby Dick zaproponuje: „Wypuść mnie, a spełnię Twoich 10 życzeń”? Pierwsza płyta Bel Canto.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl