mlynarski

Wojtkowi Młynarskiemu. Z prośbą o wybaczenie językowych niepewności

„Dziś rano w parku spotkałem pewną prześliczną wiolenczelistkę. O kryczoczarnych włosach, niepospolitych jak wrony. Nie szukałem jej wcale, ani ona mnie nie zaczepiła. Zwróciłem na nią uwagę, bo szła przygnieciona futerałem, niepewnie. Jak truskawki w kwietniu. Gapiła się przy tym w tekturowy kubek z kawą, który trzymała jak balladę. Jak oręż.

Szeptała coś pod nosem po cichu. Niechybnie wróży z fusów, pomyślałem. „Nic bardziej mylącego” – zamlaskał siedzący na jej ramieniu czarny kot. To niesamowite! Czarny kot, który pali. „I tu także się mylisz” – wyszczerzył pysk niczym fortepian klawiaturę i rzucił z wielką wprawą żarzący się niedopałek w zielone krzaki leszczyny. I w tym momencie wiolonczelistka zatrzymała się, chwyciła za kark siedzącego jej na ramieniu leniwego diabła i wyrzuciła z siebie jednym tchem. „Wiesz, ja to siebie raczej wracającej w Bieszczady teraz nie widzę, ale jak zrobisz to jeszcze raz, to wrócę tam choćby jutro z wypchanych kotem w tabołku” „Tylko nie w Bieszczady” – pisnął cieniutko i jakoś tak strasznie.

Pomyślałem, że dziewczyna mogłaby być dla niego lepsza na wiosnę, gdy ona wysapała „Nie ma nic gorszego niż pety w krzakach leszczyny. W połowie marca” I wzięła ostatni łyk kawy. Wiem, że był ostatni, bo rzuciła swój tekturowy kubek prosto do kosza. I pewnie by trafiła, gdyby ten nie podskoczył niczym dwa konie na wczasach gdzieś w bok, śmiejąc się przy tym, tak jak Pan, Panie Wojtku, szyderczo.

I tego się dzisiaj trzymajmy, bo tydzień był doprawdy czarodziejski, a na pewno z włóczki i wełny bez szalu wypruty. Wybiegaliśmy z domów w pośpiechu, nawet rękawiczkom nie podaliśmy dłoni. Ale nie sposób nie zauważyć, że przyszła wiosna, a Pana zabrakło, więc pora na pewno coś zmienić. Niech tam coś sobie mlaska, się rzuca i straszy. A my po prostu róbmy swoje. Pewni siebie i wyprostowani. Tak jak zawsze powinniśmy.”

Tekst powstał 17 marca.

 



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Wojtkowi Młynarskiemu. Z prośbą o wybaczenie językowych niepewności' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl