nieśmiertelność

Who wants to live forever?

Nieśmiertelność. Marzymy o niej od czasów, gdy człowiek wymyślił kredyty na mieszkania we frankach. Po trzydziestu latach zaciskania pasa, chcielibyśmy wreszcie tym pokojem, wnęką na kuchnię i wspólną z sąsiadami łazienką się nacieszyć. Może nawet zaczęlibyśmy chodzić po schodach. Przed nami – cała wieczność. Dokąd i po co mielibyśmy się śpieszyć?

Gdybyśmy byli nieśmiertelni, na pewno zaczęlibyśmy myśleć o Ziemi i dbać o środowisko naturalne. Kto by chciał oglądać wyrzucone przez siebie butelki po 250 latach? W tym samym miejscu w parku. I jak mielibyśmy się z tego wytłumaczyć naszym prapraprapraprawnukom? „Dziadku, ale dlaczego piliście wino akurat tutaj? Czy babcia nie pozwalała Ci na to w domu?”

Zapanowałby powszechny pokój i tolerancja. Bylibyśmy dla siebie milsi. Niezręcznie jest urągać komuś z balkonu, za to, że wjechał rowerem na chodnik, jeśli widziało się to, co zdenerwowani ludzie potrafią zrobić z Bastylią. Albo na przykład, na takich schodach ruchomych. Tłumaczyć, grupie rozpieszczonych gimnazjalistów, żeby trzymali się prawej strony, gdy nie zareagowaliśmy na wkroczenie Krzyżaków na ziemię chełmińską? Nie wypada.

Nieśmiertelność zagwarantowałaby nam coś jeszcze. A to kluczowa dla wielu z nas kwestia. Nie wszyscy przecież są zadowoleni z tego, że czasem rządy obejmują ludzie gotowi obiecać wszystko. Odkryjemy pod Sandomierzem i Gryfinem na północy kraju ropę naftową, na modlińskim poligonie zaczniemy szkolić amerykańskich marines i staniemy się kluczowym graczem na rynku smartfonów. Drogi Kimie, niezmiernie Cię za to przepraszamy.

Wyobraźmy to sobie. Homo sapiens jako gatunek jest nieśmiertelny. Nikt nie umiera. Chociaż zdarza nam się mieć katar, niewielki łupież lub zupełnie niegroźną opryszczkę. Bywa też, że złapie nas rotawirus, ale trzeba mieć jakiś powód, by nie iść w poniedziałek do pracy. W roku 2015 w Polsce ogłasza się wybory parlamentarne. Nie wygrywa ich prawica. To pewne. Nie pozwoliłby na to Stalin. Albo Mikołaj II Romanow.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Who wants to live forever?' masz 2 komentarzy

  1. 23 sierpnia 2017 @ 11:21 am Adam

    Bardzo podobają mi się tagi jakimi opatrzyłeś publikację Michale 🙂

    Reply

    • 5 października 2017 @ 10:07 am Misiek

      To zawsze najtrudniejsze zadanie. W ostatniej chwili zrezygnowałem z: sex, bielizna, tabletki 🙂

      Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl