autor

W poszukiwaniu autora

Jeden z moich znajomych związanych z branżą filmową opowiedział mi ostatnio anegdotę. Pyszną. I dlatego proszę mi pozwolić od niej zacząć. Otóż zdarzyło mu się jakiś czas temu wymyślić wyjątkowo nośne hasło reklamowe. Przypadkowo, na planie, dla żartu powiedział jakieś zdanie i szef firmy, dla której akurat realizował zlecenie, podchwycił je. Mało tego, wprowadził je w życie. Slogan pojawił się wszędzie. Na tysiącach billboardów, w prasie, radiu i telewizji. Znajomy, oszołomiony powodzeniem swego dzieła, dopiero po kilku miesiącach przypomniał sobie o prawach autorskich i nadmienił w prywatnej rozmowie ze wspomnianym szefem: „Słuchaj, znamy się od lat. Cieszę się, że mogłem ci jakoś pomóc. Potrzebowałeś hasła? Miałem akurat przebłysk geniuszu. Dobrze! Zastanawiam się tylko, czy nie moglibyśmy się teraz rozliczyć. Za ten slogan. W sumie to ja go wymyśliłem”. Szef przytaknął, że potrzebę rozliczenia rozumie. Objął mojego znajomego po przyjacielsku i powiedział: „Widzisz, to prawda. To ty na to wpadłeś. Musisz jednak przyznać, że równie dobrze mogłem wpaść na to ja czy na przykład mój brat”. I trudno było się z taką logiką nie zgodzić. Znajomy machnął ręką i odebrał telefon od Spielberga, który akurat dzwonił. Steven potrzebował dobrego operatora, a znajomy należy akurat do tych najlepszych. No właśnie, wymyślić może każdy. I coraz więcej osób wymyśla. Pojawia się tu jednak kilka bardzo ważnych pytań. Wartych przemyślenia.

Kim w dzisiejszych czasach jest właściwie ten autor i które ze stworzonych przez niego treści mogą i powinny być chronione? Wystarczy umowa dżentelmeńska czy nawet nucąc coś przy goleniu, powinniśmy postawić obok prawnika? Co możemy nazwać skończonym utworem? Decyduje o tym długość? Jakość? A może to, że twórca zrobił już coś podobnego wcześniej? Kto może rozpowszechniać nasze dzieła? I czy w dzisiejszych czasach możemy to w ogóle kontrolować? Byłoby banałem pisać, że w dobie Internetu, do którego nieograniczony dostęp ma już prawie każdy, autorów nam przybyło. Ich liczba rośnie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. Tysiące blogów prowadzonych przez amatorów zastąpiło biografie, dzienniki i wspomnienia znanych pisarzy. Materiały wideo z poradnikami, jak zrobić makijaż czy sałatkę, są popularniejsze od Wikipedii. Filmy nakręcone kamerą GoPro czy za pośrednictwem dronów są bardziej pożądane niż hollywoodzkie produkcje. I nikt już nie potrzebuje wytwórni muzycznej, by stworzyć przebój, który podbije serca pensjonarek lub ich mam.

Każdy może tworzyć i w ciągu kilku minut podzielić się swoim dziełem ze światem. To dobrze. To doskonale.
To zapewniło nam niespotykaną dotąd ilość wrażeń
i inspiracji.

Tyle tylko, że bardzo wiele treści udostępnianych w social mediach czy na stronach przez nas stworzonych zostało zapożyczonych. Jak szklanka cukru u sąsiadki. I podobnie jak w przypadku sąsiedzkiej wymiany w Internecie też nikt nie planuje cukru tego oddać. Nie myślimy o prawach autorskich. Nie zastanawiamy się, skąd wykorzystana przez nas treść pochodzi, bo pochodzi z Internetu! To taki magazyn ze starociami, z którego można brać do woli, bo nikomu to nie jest już potrzebne. Ściągamy z jednej strony, przerabiamy i wrzucamy na drugą. Internet do tego przecież służy.
Mało tego, wielokrotnie robimy przecież coś w dobrej wierze. Spędzamy wiele godzin, by przetłumaczyć napisy do jakiegoś filmu, który ściągnęliśmy przed chwilą. Niech ci, którzy nie znają języka, też coś z niego zrozumieją. To kawał dobrej roboty, niekiedy. O ile zapomnimy o kontekście. Nasze napisy zamieszczone są w wersji pirackiej i rozpowszechnianiu pirackich treści służą. Jesteśmy tłumaczami, autorami nawet, ale działamy wbrew prawu.

Dzieje się podobnie, gdy udostępniamy polskiemu odbiorcy zagraniczne komiksy, którymi rodzime wydawnictwa nie są zainteresowane. Żeby to zrobić, musimy zeskanować oryginał i wymienić w nim treść dymków. Czerwone światło zapala się na chwilę, ale przecież mamy dobre intencje. Niech wszyscy poznają to, co kochamy najbardziej. Mroczną stronę osobowości Bruce’a Wayne’a. Bruce walczył z tymi, którzy łamali prawo. I nie przebierał w środkach.

Wielokrotnie się zastanawiałem, co myślą o sobie twórcy tych wszystkich stron kopiujących dorobek innych. Możliwości są dwie. Są cichymi pokornymi mnichami w klasztorze Lindisfarne, którzy przepisując po nocach dzieła starożytnych, zachowują je dla przyszłych pokoleń. Mają misję do spełnienia i powinniśmy być im wdzięczni, bo są ostoją cywilizacji. Bez nich Europa nie poznałaby dorobku mistrzów. I wersja druga. Mamy rok 793. Lindisfarne zostaje splądrowane przez żądnych złota i drogocennych kamieni barbarzyńców, których historia ochrzci mianem wikingów. Łup był łatwy, więc jeszcze w tym samym roku łodzi takich rozbójników na Morzu Północnym pojawiło się dziesiątki.

Nikt nas na to nie przygotował. To wszystko stało się zbyt szybko. Przez spokojne dotąd wybrzeże przetoczył się huragan, żywioł pochłonął wszystko. Nie ma już autorów, bo autor jest jeden i jest nim Internet.

Skynet, jeśli pamiętają państwo proroczy film Jamesa Camerona. Nie ma autorów. Są tylko linki, które prowadzą do innych linków połączonych z kolejnymi linkami. Czy jedynym sposobem na wyjście z tego labiryntu jest zwiększenie kontroli w sieci? Permanentna inwigilacja? Śledzenie naszych domen i aktywności? To tylko sprawi, że technologia się rozwinie i wikingowie uzbroją się w większe topory i tarcze. Musi być jakiś inny sposób, by przekonać ich, że bardowie są im potrzebni. Bez nich nikt nie dowiedziałby się o ich czynach.

I tu proszę mi pozwolić na drugą anegdotę. Jadłem pięć lat temu obiad w jednym z barów mlecznych w Warszawie. Kilka stolików dalej siedział pewien bardzo znany pisarz. Jego fotografie pamiętam jeszcze z czasów szkoły podstawowej. Wisiały na korytarzu pomiędzy podobiznami Henryka Sienkiewicza i Elizy Orzeszkowej. Nie sposób było więc się pomylić. I nagle minęła jego stolik młoda kobieta ze swoim synkiem. Przeszła parę kroków. Stanęła w niemym zachwycie i wróciła, ciągnąc synka za ramię: „O matko, to pan!”. „Nie jestem pewny” – odrzekł pisarz. „Nie, nie, to na pewno pan! Zobacz Adasiu, to tego pana książki mama tak lubi”. Adaś wydawał się zakłopotany, podobnie zresztą jak wspomniany autor. „Przepraszam, czy ja mogę coś dla pana zrobić?” – kobiecie głos drżał z emocji. „Nie wiem, może zapłacę za ten pana obiad?”. Autor pokręcił głową i oznajmił ze smutkiem: „Najmocniej dziękuję, już zapłaciłem”. „Czyli za późno!” – wykrzyknęła dama, łamiąc ręce w rozpaczliwym geście.
Nie, nie jest za późno, proszę państwa. Zdecydowanie. I myślę, że to pora najwyższa. Na wielką manifestację poparcia dla tych, których codziennie się łupi i wykorzystuje. Nie oszukujmy się, to nie chodzi o skalę. Kopiując jedną piosenkę, kopiujemy ich tysiące. Nie trzeba zabrać gwałtem wszystkiego. Wynosząc po łyżeczce, także można buchnąć całą zastawę. A bez niej trudno coś będzie podać. Pysznego.

W przyszłości.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'W poszukiwaniu autora' masz 7 komentarzy

  1. 23 czerwca 2017 @ 1:24 pm Ania

    Bardzo ważny tekst! Można sparafrazować anegdotę o Churchillu: jeśli mamy oszczędzać na kulturze, to na co jest sens wydawać?

    Reply

    • 24 czerwca 2017 @ 5:23 pm Misiek

      No tak Churchill! Ale, to on spalił swój portret zamówiony, z tego co pamiętam, na jego urodziny 😉 Przynajmniej tak utrzymują twórcy serialu „Korona” 😉

      Reply

    • 7 lipca 2017 @ 9:07 am Michal

      Nareszcie! Czekam na wiecej

      Reply

      • 11 lipca 2017 @ 8:42 pm Misiek

        Dziękuję! I obiecuję! Ani razu nie pójdę na Kafkę!

        Reply

  2. 29 czerwca 2017 @ 8:53 am Magdalena Komorek

    Bardzo fajny tekst, choć zabrakło mi w nim jednej rzeczy – wyjaśnienia czym różni się autor od całej rzeszy odbiorców i kopiujących, a tym samym – dlaczego na swoje prawa zasługuje. Moim zdaniem jest to świadomość. I nie chodzi o to, czy kto się ocknął z omdlenia, tylko czy jest świadom/a tego, co chce stworzyć i po co.

    Reply

    • 29 czerwca 2017 @ 10:42 am Misiek

      To prawda. Autor, to ktoś, kto wie, co zamierza stworzyć. Kto zajmuje się tym tworzeniem w sposób ciągły. Kto rozwija swoje umiejętności i dąży w tym kierunku, w którym był jego poprzednik. Ten, który sprawił, że autor zajął się swoją działalnością 🙂

      Reply

      • 29 czerwca 2017 @ 11:27 am Magdalena Komorek

        A przede wszystkim świadom/a jest kontekstu. Konstatując; jeśli znajomemu operatorowi wypsknęło się genialne hasło, bo miał świadomość co marce jest potrzebne (znał kontekst), to kaska się jak najbardziej należy 🙂
        Oraz lekcja, żeby na przyszłość swoje pomysły obudowywał bajerami typu prezentacja powerpoint z barwnymi ilustracjami strategii zajumanymi z internetu. Wtedy wprawdzie zapłacą, ale raczej nie kupią tego genialnego, bo zabiją uwagami.

        Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl