Screen Shot 2017-06-28 at 10.28.18

Truskawki się jeszcze nie skończyły

Po raz pierwszy na imprezie w akademiku. Jeszcze na studiach. Potem w jakimś pociągu. Nie pamiętam dokładnie. Do Spotu, czy Krakowa. Było tłoczno i wszyscy byli trochę pijani. Wreszcie na tym przyjęciu w ogrodzie zorganizowanym pośpiesznie i bez żadnego planu. „Jak to? Wzięli ślub i z nikim nie zamierzali tego uczcić?” Tak, spotkałem ich w moim życiu kilkakrotnie. Johna, Paula i George’a. Tylko nigdy nie miałem przy sobie perkusji.

Wyobrażacie to sobie? Jak wiele bym osiągnął, gdyby tylko nosił ze sobą te bębny i talerze. Albo chociaż pałeczki? Przecież oni tam byli i właśnie szukali kogoś takiego jak ja. Mogłem być jednym z Wielkiej Czwórki, ale zamiast rzucić w odpowiedniej chwili: „W sumie to potrafię to i owo zagrać, ale nie chcę Was zamęczać”, robiłem z siebie durnia lub łapałem za tyłek najbliżej stojącą mi osobę. Zazwyczaj zresztą była to jakąś rzeźba

A oni tam stali. I jestem przekonany – czekali. Że coś powiem, że zaproponuję, że nie wiem, zagram choćby na szklankach z ponczem. Dlaczego nigdy tego nie zrobiłem? Cóż, jestem po prostu leniwy. Do dzisiaj, chociaż od dzieciństwa byłem zmuszony sam sobie przygotowywać posiłki, ani razu nie ugotowałem w kuchni ryżu czy makaronu. Możecie mi wierzyć. Po pewnym czasie można przywyknąć do tego chrupania. I drażniącego podniebienie zimnego sosu. W proszku

Jestem zresztą nie tylko leniwy, ale i niecierpliwy. Zaraz po studiach jakiś znajomy zaproponował mi pracę w gazecie. Miałem prowadzić rubrykę nekrologów, ale nigdy nie byłem w stanie doczekać do czyjejś śmierci więc pisałem tam biografie osób żyjących. Podpisane „pogrążeni w smutku, nieutuleni w żalu, zrozpaczeni… tu wstaw dowolne imiona i nazwiska”. Mało kto się zresztą na to skarżył. Kto by nie chciał mieć swych pięciu minut w gazecie?

Wyleciałem z pracy po siedmiu miesiącach. Za nekrolog papieża Jana Pawła II. To był rok 1995, a ja nigdy nie byłem zbyt religijny. Lubiłem Wigilię, bo to był jedyny wieczór w roku, kiedy jadłem coś ciepłego, lubiłem zapach świec, kadzidła i te wszystkie rzeczy, którymi straszy się księdza podczas spowiedzi, ale to wszystko. Mój Tata zawsze twierdził, że religia przydaje się nam tylko wtedy, gdy nie mamy z kim pośpiewać w niedzielę.

Po pracy w nekrologach prowadziłem przez jakiś czas ciężarówkę. Dokładnie było to jakieś sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt metrów. Aż do tego muru otaczającego boisko piłkarskie. Nie na szczęście nikt wtedy nie grał. Gliniarze pytali mnie potem, dlaczego nie powiedziałem szefowi, że nigdy nie miałem prawo jazdy? Cóż, a czy do łóżka chodzimy tylko z tymi dziewczynami, które urodziły już dziecko. Kiedyś musi być ten pierwszy raz.

Miałem przecież rower. Skąd mogłem wiedzieć, że z dwunastoma tysiącami kur z tyłu będzie trudniej? Potrafią w tym swoim pokrytym piórami laboratorium zrobić coś tak skomplikowanego jak jajko. A nie zobaczyły tego muru? Z drugiej strony to był kapitalny plan ucieczki. Jeśli widzieliście ostatnio jakąś kurę siedzącą sobie przy barze w waszej ulubionej knajpie, to możecie być pewni, że była w tej ciężarówce. I na sto procent nie zapłaci za drinka.

Zaraz po wyjściu z aresztu postanowiłem zrobić coś sensownego. Nie wiem, czy pamiętacie te nagłówki? „Trzydziestolatek napada na bank uzbrojony w numerek z szatni”. To miało sens. Zrobiłem to w sobotę po dwudziestej pierwszej. Bank był nieczynny od piątku, a ja nie chciałem, żeby ktoś ucierpiał. Brzydzę się przemocą od czasów przedszkola. Wtedy po raz pierwszy rozebrano mnie do naga na zjeżdżalni. Zimą.

To nie była zima stulecia, ale te dziewczyny były starsze. I używały zdań wielokrotnie złożonych. A do tego zawsze miałem słabość. Na szczęście pozwoliły mi zostać w rękawiczkach. Obgryzałem wtedy paznokcie i moje dłonie nie wyglądały najlepiej. Zapadłbym się chyba pod ziemię, gdyby ktoś je zobaczył. Szczególnie, że paznokcie były pomalowane na pomarańczowo.
Pomarańczowy kompletnie nie pasuje do chłopaków. Paląca fuksja jest dużo lepsza

Jak to więc się stało, że zostałem właścicielem tej małej firmy przeprowadzkowej? Przez blisko dwadzieścia lat musiałem nauczyć się pakować swoje rzeczy za każdym razem, gdy moja dziewczyna zobaczyła w telewizji jakiegoś przystojnego aktora. Raz udało mi się to nawet, gdy do naszego mieszkania zadzwonił kurier. Był u nas po raz pierwszy, ale słysząc jego głos w słuchawce domofonu po prostu wiedziałem, że tak będzie lepiej.

Planuję ekspansję, modernizację i rozwój. Chcę, aby moje filie były obecne na całym świecie. I w każdym z naszych magazynów będzie zestaw perkusyjny. Potężny, imponujący. Tom, tom, tom. Crash, ride, crash. Werbel, ride, tom. Centrala, tom, crash. Kolejna centralna i cztery stopy. Jeszcze Wam wszystkim pokażę. Ten Czwarty z Wielkiej Czwórki? Ten brzydal od Strawberry Fields Forever? Jest koniec czerwca. Truskawki się jeszcze nie skończyły.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Truskawki się jeszcze nie skończyły' masz 2 komentarzy

  1. 4 lipca 2017 @ 5:53 pm Piotr

    Wszystko pamiętam – dokładnie tak było/dokładnie tak nie było 😉

    Reply

    • 5 lipca 2017 @ 7:47 am Misiek

      Trudno mi się z Tobą nie zgodzić 🙂

      Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl