ziemniaki

„Synku, pewnych rzeczy nie ma potrzeby zmieniać”

Ziemniaki. Przekleństwo mojego dzieciństwa. Nie, nie. Nie głodowaliśmy. Przeciwnie. W naszym domu zawsze było coś pysznego. Jak u mamy, chociaż u nas to raczej tata był twórcą tych wszystkich legendarnych zup i mielonych, kotletów z ryby lub placków. Przygotowywał je wcześniej. Z zapałem godnym pozazdroszczenia i pomimo kryzysu z wyjątkową fantazją. Mi pozostawiał ziemniaki.

„Zobacz synku, to jest sześcian. A wydaje mi się, że przed chwilą miałeś w ręku coś o nieregularnych kształtach. Każda bulwa jest inna. Nie ma potrzeby tego zmieniać. No, obierz jeszcze kilogram i może w końcu się nauczysz”. Nigdy nie byłem w wojsku. Nie było takiej potrzeby. W żadnej jednostce, nawet tej karnej w Orzyszu nie nauczyłbym się tego wszystkiego o Irysach, Irgach i Perkozach.

Ziemniaki obierałem codziennie. Po szkole. Trudno sobie wyobrazić polski obiad bez nich, a rodzice podawali je nawet do gołąbków. To znaczy ja je podawałem. Oni wychodzili z pracy o piętnastej i wiedzieli, że o piętnastej trzydzieści w domu będzie czekał na nich obiad. Tęsknicie do czasów, w których wracaliśmy ze szkoły sami? Z kluczem na szyi? A kroiliście bulwy w kostkę czy tylko na pół?

Mój każdy dzień wyglądał tak samo. W szkole uczyliśmy się jakiegoś wiersza o polskich żołnierzach wracających z niewoli. Na lekcjach plastyki rysowaliśmy plakat o październiku, który był miesiącem pamięci narodowej. Zazwyczaj była to Ziemia w kształcie znicza wypalona mniej więcej do Czechosłowacji. Potem jeszcze czterdzieści pięć minut chóru Rota albo Marsylianka i do domu. Obrać ziemniaki.

Czułem się jak stonka. Chociaż dzisiaj, kiedy nucąc pod nosem „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród” przechadzam się po Lidlu i widzę te śmieszne torebki z obranymi już sześcianikami, krew mnie zalewa. Jak można spartaczyć rzecz tak elementarną. Przecież ziemniaki są okrągłe. A Polska wycierpiała tyle przez tych, których tylko Janek Kos i Hans potrafili wyprowadzić w pole, że zasługujemy na coś więcej.

I jeszcze te plakaty. Wołowina. Minus 25 %, Tanie grillowanie, Kurczaki. Siódmy kilogram gratis. Szkoda, że ich twórcy nie widzieli tych naszych. Z czwartej A. Czterdziesta rocznica wybuchu drugiej wojny światowej, Artek – obozem przyjaźni, Dzień Matki Rosji, Łajka – jedynym psem w kosmosie. Nie było nikogo, kto by w ich przekaz nie wierzył. A kurczaki, musztarda, wołowina? Bez umiejętności kulinarnych taty i tak nic z tego nie będzie.


Tagi: , ,


Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'„Synku, pewnych rzeczy nie ma potrzeby zmieniać”' masz 6 komentarzy

  1. 10 lipca 2017 @ 12:33 pm Asia

    Ciekawe, że w wojsku jeszcze nie wpadli na pomysł ziemniaków w mundurkach. Może brunatny mundurek się źle kojarzy….?

    Reply

    • 11 lipca 2017 @ 8:35 pm Misiek

      Asia, myślę, że po prostu w wojsku jest zbyt wiele buraków. Popraw mnie, bo może to tylko taka moja, anarchistyczna opinia. 🙂

      Reply

  2. 10 lipca 2017 @ 1:09 pm Ola

    A stonke zbierales? Zapewniam, ze to jeszcze wieksza trauma niz obieranie ziemniakow 😉

    Reply

    • 11 lipca 2017 @ 8:33 pm Misiek

      Ola, zbierałem stonkę, biedronkę, lidla! W tamtych czasach zbieraliśmy nawet puste puszki po piwie 🙂

      Reply

  3. 11 lipca 2017 @ 8:19 pm Karola

    Kolego, kolega to chyba nigdy harcerzem nie był. Na obozie przetrwania – zwanym obozem harcerskim, postawiono któregoś dnia przede mną kocioł na ziemniaki, na obiad dla całej drużyny (tylko wybrani mieli szczęście aby posiadać taką ziemniaczaną przygodę ), do którego spokojnie mogłam się zmieścić cała ja (lat 14-czyli już niemała), mój śpiwór i jeszcze by się od bidy jakiegoś zucha upchało.
    I co? trzeba było obierać. Na nic dyskusje, że kasza gryczana zdrowsza. Harcerze jak się na coś uwezmą to koniec. Do +/- 8 kg bulwy obrane były na sześcian, po +/- 45 kg to były prawdziwe dzieła sztuki. Zero kanciastości.
    Stresująca to była praca ale nauka na całe życie: omijać obozy harcerskie i pozostać przy kaszy.

    Reply

    • 11 lipca 2017 @ 8:38 pm Misiek

      Karola, byłem nawet drużynowym. I miałem swoją menażkę. Kochałem obozy harcerskie. Do dzisiaj, kiedy widzę płonące opony na manifestacjach, nucę sobie zawsze „Płonie ognisko i szumią knieje” 🙂

      Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl