IMG_0928

Staruszek płot opiera się o brzozę, kiedy nikt nie patrzy.

„To raj na Ziemi, zobaczysz! Cisza, że aż w uszach dzwoni. Nic tylko wzgórza, łąki, w rumiankach ścieżka do lasu cała. Niewielka dolina po lewej stronie, kiedy do lasu tego idziesz. Nad ranem można tam spotkać sarny. Spokój taki. Śladu człowieka wypatrujesz, ale nie, po co wypatrywać? Tam ludzie nie są Ci potrzebni!” Ełk minęliśmy jakiś czas temu. Pogasły jego światła za nami. Wokół tylko noc czarna jak atrament. Tyle się o tym miejscu nasłuchałem. Czekałem długo, aby je zobaczyć, aby ciszy tej stawić czoła. Dom zaplątany w winorośl. Zanurzony w zieleni, której nikt nie mówi, jaka ma być i czego jej nie wolno. Czerwona dachówka, weranda. Drewniana brama, która sama się otwiera, bo droga jest na wzniesieniu i do domu zjeżdża się w dół trochę. Płot staruszek opiera się o brzozy, gdy nikt nie patrzy. Pokryte mchem kamienie, fundamenty starej chaty, która stała tam kiedyś, przed laty. Korona z leszczyny nadająca kamieniom tym specjalne prawa. Nikt tam nie wchodzi, czasem tylko jakiś szelest potwierdzi, że miejsce to jest wciąż zamieszkane. Potrafiłem to wszystko sobie wyobrazić, w przestrzeni poukładać. Świerk, jodła i klon pilnujące wejścia do ogrodu. „Orzech nie jest jeszcze duży, ale kiedyś na pewno urośnie. I muszę się wreszcie zabrać za te leszczyny, chabazie na końcu działki. Widok na jezioro bez nich byłby ładniejszy. Zresztą może niech zostaną, może to i lepiej. Nic tam nie ruszać, niech samo się rządzi”. Rysowaliśmy białymi smugami światła esy floresy w tym atramencie. Mazurskie drogi wiją się jak zaskrońce. Jak żmije raczej, bo czujnym, szczególnie o tej porze w nocy, być trzeba. Wreszcie jest. Zielona strzałka w prawo. Pozostały dwa kilometry do celu. Asfalt, któremu nie sposób zarzucić braku manier, prowadził nas płynnie przez tak wiele godzin, ustąpił miejsca szarej ziemi. Zaskrzypiało nagle pod kołami, zaszurało. Znów esy, wężowe floresy. Podskoczyliśmy raz i drugi. Samochód przejechał po ulęgałkach, a może były to dziko rosnące jabłka. W ciemnościach łatwo jej pomylić. Jeszcze ostatnie wzniesienia, długa prosta i jesteśmy. Brama, płot, brzozy i gwiazd tyle, gdy ciała z westchnieniem ulgi prostować się zaczęły. Zamarliśmy w łuk wygięci. Ktoś poszedł otwierać dom, pozostali stłoczyli się przy bagażniku jak pysk smoka rozdziawionym. Torby, plecaki, skrzynki z jedzeniem i winem. Po kolei, uważajcie na kwiaty. Niewiele wokół było widać, ale ich zapach, powietrze oszałamiały. Wszystko nowe, nieznane. Zamrugała latarka. Skrzypnęły klucze w zamku. Biała żarówka wisząca na werandzie otworzyła jedno oko. Dom budził się powoli. Wszystko w nim było dokładnie takie, jak sobie wyobrażałem. Przeciągający się leniwie stary kredens, skrzynia, która burknęła cicho, gdy ktoś ją potrącił. Zaklekotały na suficie drewniane bociany. Dzieło lokalnego artysty. Kilim, wiszący na ścianie, powoli wyciągnął frędzle jak kot pazury. I jak kot nie zwrócił na nas specjalnie uwagi. Nie budzić ich więcej. Wino! Zostawmy wszystko, rozpakujemy się jutro. Teraz już tylko niech ktoś znajdzie korkociąg. Pijmy. Na zewnątrz, w rosie. Brązowa ćma usiadła na jednej ze szklanek. Za chwilę będzie ich więcej. Wino było dobre i mieliśmy go dużo.

Następnego dnia o świcie obudził nas ryk. Jakby się piekło otworzyło. Rozdarł mgłę za oknem niczym nóż atłasową zasłonę. Ryk jeden, drugi. Jazgot, jakiego nigdy dotąd w swoim życiu nie słyszałem. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to za oknem. To tam coś przerażającego się dzieje. Szatańskie wycie, rechot, kanonada, wybuchy artylerii, zgiełk i trwoga. Wszyscy natychmiast zbiegli do kuchni. Policzyliśmy się szybko drżąc ze strachu, modląc się, by nikogo nie brakowało. Kolejna eksplozja. Zagrzechotala porcelana i szklanki w kredensie. Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, powoli wypychając przed siebie tych najodważniejszych okazało się, że nie było już mgły. Wszędzie, wokół domu, w ogrodzie, nad fundamentami z omszałych kamieni unosił się pył. Żółta chmura piachu. Robiło się coraz ciemniej i hałas był coraz większy. Trudno było oddychać. Zaczęliśmy się w ciemnościach tych szukać. Brązowa ćma usiadła na jednej ze szklanek. Brązowa ćma usiadła…

„Witam Państwa serdecznie, z trasy rajdu samochodowego po ziemi mazurskiej. To tutaj w samym centrum Krainy Tysiąca Jezior, na tych polnych drogach, tych bezpańskich ścieżkach, odbywa się od dzisiaj 67 Samochodowy Rajd Polski. Przypomnijmy, że jego trasa wiedzie przez Gawliki Małe, Orzechowo, Czarnówkę, Sybę, Dobrą Wolę, Szczecinowo, Gorłówko i Gorło, a zmagania kierowców będzie można oglądać przez cały weekend. Bądźcie na trasie z nami, bo emocjom na pewno nie będzie końca!”



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Staruszek płot opiera się o brzozę, kiedy nikt nie patrzy.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl