kler

Rzadko bywam w kinie, ale poszedłem na „Kler”. To niedobra mieszanka.

Muszę iść do lekarza. Do okulisty, laryngologa, chirurga. I to natychmiast. Jeszcze kilka lat temu zauważałem psa sąsiadów z daleka, potem udawało mi się go w porę usłyszeć, wczoraj wieczorem zacząłem biec dopiero wtedy, kiedy poczułem psie zęby na swojej łydce. Były to zęby wyjątkowo wzburzone. Coś w stylu: „Ha, jeśli wydawało Ci się, że ten film odsunie Polaków od Kościoła, to byłeś w błędzie. Dołóż Tomaszu jeszcze tego drewna przy jego prawej stopie”. No właśnie, nie jestem pewien, czy mi się podobał. Nie pies, tylko „Kler” Wojciecha Smarzowskiego.

Od pierwszej sceny, która rozczarowała mnie bardzo, bo doprowadzono tu pijacką libację wręcz do absurdu, aż do tej ostatniej, publiczność chichotała. A nie byłem na pokazie dla gimnazjalistów na pewno. Na sali kinowej było wiele osób, które w gimnazjum mają wnuki. To nie wina widzów, że chichotali, tylko źle rozłożonych akcentów i tej maniery, by zaszokować. Za wszelką cenę. Nerwowy śmiech bywa niekiedy reakcja obronną. Ja sam nie uśmiechnąłem się ani razu, chociaż także byłem zdezorientowany. Czułem się tak, jakbym oglądał jakiś wodewil, na którym co jakiś czas jedna z tancerek za wysoko podniesie suknię, czy jak ktoś woli, sutannę. Tancerki robią to po to, by uwieść publiczność, ale nie tak robi się dobre kino.

To niedobra mieszanka. Piętrzyć emocje, precyzyjnie dotykać tak wielu czułych strun i brzdęk, rozładowywać je jakąś „kur..ą”, „piz…ą” czy infantylnym dosyć gagiem. „Złote, a skromne”. Kwestia ta zabrzmiałoby świetnie w jakimś filmie Olafa Lubaszenki, ale nie w sąsiedztwie scen rozpaczy, której nic ukoić nie jest w stanie. Nie kupuję tego nawet jako przejawu cynizmu władz kościelnych. Za okrągłe to, za literackie. Ktoś tu robi niepotrzebny szpagat.
A przecież sam do Kościoła nie chodzę. O zbieraniu na tacę, obowiązkowych składkach podczas kolędy lub zaskakujących kwotach inkasowanych za posługi kapłańskie mógłbym mówić długo wyrażając swój sprzeciw. Kleru nie lubimy, piętnujemy jego hipokryzję, zakłamanie, fałszywą moralność. Tak wszystko się zgadza. W tej świątyni nie ma Boga.

Świat złożony z samych złych bohaterów nie jest jednak prawdziwym światem. To rzeczywistość komiksu, filmów klasy B, to Quentin Tarantino. Nie ma tam miejsca na głębszą refleksję. Nie ma się czego chwycić, by na chwilę choćby się rozejrzeć. Zatrzymać, zastanowić. Akty przemocy następują po sobie na tyle często, że przestają nas przerażać. Czy można opowiadać w ten sposób o rzeczach istotnych? I pytanie drugie. Skoro już się na to decydujemy i od pierwszych sekund filmu, chcemy widzów po tych wszystkich kręgach piekła gonić, to zadbajmy o detale. Warto pamiętać, że w pierwszym kręgu piekła przebywali ludzie nigdy nie ochrzczeni, w drugim rozpustnicy, w trzecim ci, którzy nie znali umiaru w jedzeniu i piciu. Potem skąpcy i osoby rozrzutne, niepohamowani w gniewie. Grzech niejedno ma imię, a chciwość, wódka i pożądanie to za mało. Nawet jeśli mówimy o duszpasterzach. Autorzy użyli zbyt tępego narzędzia, by grzeszników tych swoich wyciosać. Tak trochę na pokaz, jak w Żywotach świętych. Jakby liczyli na to, że sam temat jest już wystarczająco nośny. Pominęli więc niepotrzebne ich zdaniem detale i kwestię prawdopodobieństwa.

Zła była również ta decyzja, by główną role powierzyć Arkadiuszowi Jakubikowi, aktorowi niezwykle wrażliwemu, ale ile razy można go na tej patelni zła obrócić? Robert Więckiewicz pił już także u tego reżysera. Pił do nieprzytomności, ”Pod Mocnym Aniołem”. I tamta rola wstrząsnęła mną do głębi. Po co ta powtórka? Jacek Braciak czyli „Kolumb” z ekranizacji prozy Pilcha albo starszy posterunkowy Jerzy Trybus. Jak wszyscy kapitalny, prawdziwy, zły do szpiku kości. Tylko już mi się opatrzył. Już się go nie boję. Wiem, że aktorzy są po to by wcielać się w kolejne role. Zadaniem producenta jest aktorów tych szukać. Janusza Gajosa zostawmy, bo chociaż moim zdaniem w tej purpurze się męczył i chodzenie po kolejny worek pieniędzy było jednym z tych komediowych gagów, których aktorowi rangi powinno się oszczędzić, to zagrał u Smarzowskiego po raz pierwszy.

To mógł być film świetny. Gdyby na poziomie scenariusza mniej było zaokrągleń. Jeśli obracasz się w świecie korupcji to okazje nie tańczą przed Tobą jak fordanserki. To banał. Uproszczenie. Gdyby poszukać mniej oczywistego zakończenia. Jeśli wszędzie dookoła pachnie siarką, to na oszołomionych tym jadem, zapach benzyny nie robi wrażenia. To kicz. Efekt dla samego efektu. Gdyby wreszcie dzieło to powstało na przykład przed „Drogówką”. Wtedy, gdy o wykorzystywaniu seksualnym dzieci na plebaniach nie pisano na prawo i lewo. To koszmar. Tego się nie da opowiedzieć, a mam przeczucie, że skorzystano tu z okazji, by temperaturę wokół filmu podnieść. Bo przecież wszystkie te kwestie, szatańskie wolty retoryczne, te czynione w miejscu obrony ataki dobrze już poznaliśmy. I grunt, niczym ta droga asfaltowa do ołtarza w filmie, został już przygotowany.

Pastwić się już nie będę. I wbrew temu, co można by z tych na gorąco poczynionych uwag wynieść, do kina Państwa wysyłam. Film to bowiem odważny. Potrzebny. To pewnie tylko ja muszę iść do lekarza. Do reumatologa, geriatry. Natychmiast. Robię się stary. I coraz częściej zdarza mi się narzekać. Sypać pod stopy czyjeś nazrywane pośpiesznie płatki jaśminu można. Mówić o tym, że reżyser wielki, dzieło udane, jesteśmy pod wrażeniem. Ważne tylko, żebyśmy oceniając czyjeś uczynki nie popełnili tego samego błędu, który jest udziałem parafian. To niemożliwe, żeby ksiądz miał złe intencje. Dlaczego? Przecież to ksiądz.


Tagi: , ,


Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Rzadko bywam w kinie, ale poszedłem na „Kler”. To niedobra mieszanka.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl