winyl

Renesans prosto spod igły.

Renesans. Jakie to piękne słowo, prawda? Wprawdzie w polskiej kulturze ten okres w dziejach nazwaliśmy odrodzeniem, ale renesans brzmi zdecydowanie lepiej, zwłaszcza w języku francuskim, niemieckim i angielskim. Każdy, kto tego słowa używa, wpisuje się w szerszy kontekst kulturowy.

Jak zdefiniować renesans najprościej? Oto po mrokach średniowiecza człowiek przypomniał sobie o tradycji antycznej i postanowił postawić ją w centrum zainteresowania. Tuż obok postawił też siebie. Od dzisiaj, nic co ludzkie nie będzie nam obce, postanowiono wówczas jednomyślnie. Zbawieniem i siódmym kręgiem piekła zajmiemy się za jakieś 200 lat.

Dlaczego zawracam Państwu głowę rozważaniami z dziedziny historii kultury? Ponieważ chciałem ustalić, co piszący o renesansie dzisiaj mają na myśli. Piszą o nim wszyscy. Słowo to pojawia się jednak nie obok ilustracji przedstawiających sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej, ale pod zdjęciem plastikowego pudła wypełnionego kartonowymi kopertami. Oto nadeszły zdaniem wielu czasy nowego renesansu. Odrodzenia płyty winylowej.

Musiało więc być bardzo źle. Przez ostatnie dekady zapomnieniu uległy kluczowe idee stworzone przez naszych przodków. Byliśmy świadkami epoki ciemności, muzycznego średniowiecza. Wokół słychać było jedynie basowe pohukiwanie, fletnię Pana i przygłuszone bębny. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i człowiek wrócił na właściwą ścieżkę rozwoju.

Szczerze mówiąc, nie jestem do tej diagnozy przekonany. Teoretycznie rzecz się zgadza: w ciągu dwóch ostatnich dekad z muzyką stało się coś przedziwnego, wszystkie istniejące na świecie nagrania zmiażdżono do formatu empetrójki. Kiedyś, aby zaimponować dziewczynie swoją muzyczną kolekcją, robiło się składankę na taśmie magnetofonowej. Dzisiaj tworzy się playlistę. I nikomu już, jak twierdzą koneserzy, nie zależy na jakości tych nagrań.

Proszę mi wybaczyć, ale jestem w wieku, który pozwala mi tamte składanki pamiętać. Pamiętam też wyciągnięte nad tłumem grundigi i kasprzaki na koncertach. Nagrywały głównie przekleństwa tych znajdujących się najbliżej mikrofonu, ale Dezertera czy Armię także. W muzyce nie zawsze chodzi o jakość, niekiedy ważne są emocje z konkretnymi nagraniami związane.

To prawda, że empetrójki tyle mają wspólnego z oryginałem, co portret mamy namalowany przez dwulatka z nią samą. Nogi są tam, gdzie powinny, jest nawet głowa i niekiedy sukienka, ale tu podobieństwa się kończą. Czy nie otrzymaliśmy jednak w zamian czegoś niespotykanego? Oto po raz pierwszy w historii każda, ale dosłownie każda kapela może wydać swoją płytę i ją opublikować. Ba, może nawet liczyć na pochodzące z jej sprzedaży zyski.

Perfekcyjna, niepowtarzalna jakość. Możliwość precyzyjnego odtworzenia najcichszego nawet dźwięku zaplanowanego przez realizatorów. A pamiętacie Państwo Powrót do przyszłości? I tę scenę, w której Marty zmusza swojego przyszłego ojca, by zaprosił na bal maturalny mamę. Wykorzystuje do tego walkmana. Przenośny odtwarzacz. Gdyby nie walkman, nie byłoby Marty’ego.

Proszę mnie dobrze zrozumieć. Ja niezmiernie się cieszę. Od trzydziestu lat sam kolekcjonuję płyty i cenię dźwięk pochodzący ze źródeł analogowych. Dodam przy tym, bo zapominają o tym entuzjaści winylowego odrodzenia, że płyta jako artefakt nie jest jedynie nośnikiem muzyki.

Każdy album to dzieło sztuki i nie byłoby tak wielu dzieciaków grających rocka, gdyby nie okładki Dark side of the Moon, Velvet Underground & Nico czy debiutanckiego albumu Ramones. Nie sposób mówić o renesansie winyli, jeśli nie zwróci się uwagi na ich stronę wizualną i kilku choćby projektantów. Odrodzenie dotyczyło w tej samej mierze literatury, muzyki, co i malarstwa.

Nie byłoby wspomnianego powyżej kultowego pryzmatu z okładki Pink Floyd, gdyby nie Storm Thorgerson i Aubrey Powell – współzałożyciele grupy artystycznej Hipgnosis. Trudno wyobrazić sobie fantastyczne światy opisywane przez Yes czy Uriah Heep bez wyobraźni Rogera Deana. O Peterze Saville’u powinni pamiętać ci wszyscy, którzy noszą koszulki z okładkami Joy Divison czy New Order, a wielbiciele wracającego właśnie do łask dream popu doskonale znają prace Vaughana Olivera – najważniejszego grafika wytwórni 4AD.

Wymieniać dalej? Reid Miles tworzący dla amerykańskiej wytwórni Blue Note, Mati Klarwein znany wszystkim fanom Milesa Davisa i Santany. Nie zapominajmy także o grafikach polskich. Cztery lata temu w warszawskiej Kordegardzie mogliśmy poznać „dorobek płytowy” dwóch podopiecznych Henryka Tomaszewskiego. Stanisław Zagórski i Rosław Szaybo przez blisko dwadzieścia lat projektowali okładki płyt dla największych gwiazd światowego formatu. Tworzyli także te niezapomniane dla serii „Polish Jazz”.

Winyl jest dziełem sztuki. I potrafi podobnie kosztować. Pierwszy album The Beatles Please, please me wart jest dzisiaj 3500 funtów. Znam też zapaleńców gotowych pozbyć się kawalerki w Poznaniu i działki nad Śniardwami by kupić egzemplarz wyszczerbiony na krawędzi. Tak bardzo chcieli mieć pewien album. Jednak rosnące słupki sprzedaży nie oznaczają żadnego renesansu. Metody dystrybucji muzyki na całym świecie uległy ewolucji i nic nie jest w stanie zmian tych zatrzymać.

Kiedy w latach 70. trwały prace nad stworzeniem nowego nośnika dla przenoszenia danych, wszyscy myśleli o czymś trwałym. Na świecie rosła liczba komputerów, a Jej Wysokość Dyskietka miewała kłopoty z pamięcią. Przypomnijmy, że Sony zaproponowało wtedy dysk o średnicy 30 cm, zbliżonej do tradycyjnych winyli, ale wybrano format mniejszy, stworzony przez Philipsa. I to tamta decyzja zdecydowała o losie dużych krążków.

Winyl zajmuje dużo miejsca, łatwo go porysować, nie sposób go odtworzyć na rowerze. Słuchanie muzyki z gramofonu jest czasochłonne, przypomina oglądanie albumu z rodzinnymi fotografiami w towarzystwie babci. Trzeba wówczas obejrzeć każdą. Dobrze taki album mieć, ale naszym znajomym raczej będziemy pokazywali zdjęcia w telefonie.

Jeden z analityków firmy Deloitte podsumował tegoroczny raport o sprzedaży płyt tworzony dla Forbesa: „W 1981 roku sprzedano ponad 1 mld albumów. W 2017 roku będzie to ok. 40 milionów. To nie odrodzenie. To wyskok”. Mamy więc do czynienia z chwilową modą, a nie ogólnoświatowym trendem – jedna płyta winylowa kosztuje średnio 20 dolarów, koszt sześciu pozwala cieszyć się przez cały rok wszystkimi zasobami wybranego serwisu streamingowego.

Zamiast więc poświęcać tak wiele uwagi odrodzeniu czegoś, co prawdę mówiąc nigdy nie zniknęło – przecież fani winylów zawsze za nimi biegali – zastanówmy się, co zrobić, by muzycy i kompozytorzy, którzy dzięki nowym technologiom mogli zaistnieć, przetrwali. Fizycznie. Nie jako żebracy z ulicznych krawężników.

By nie porwał ich barok, w którego zawierusze wszelkie normy i proporcje zostały porzucone.

fot. Polona.pl



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Renesans prosto spod igły.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl