Porachunki z Robertem de Niro, czyli czy taki gangster straszny?

Ech, zobaczyć chociaż raz jeszcze w życiu Roberta de Niro w roli niecodziennej, niezapomnianej. Jakiegoś poety, czy malarza. Mógłby być porywczy, gotowy zabić za tubkę fioletu marsowego czy kobaltowego turkusu, ale niechby malował, szkicował, bazgrał, niechby to niepewność, czy robi to dobrze, chciała go zabić, a nie jakiś kolejny bandzior, czy odchodzący na emeryturę policjant.
Ubrać aktora z taką charyzmą w Gębę Wiecznego Gangstera?! Zabrać fanom przyjemność obcowania z tymi wszystkimi potencjalnymi rolami, których nigdy nie pozwolono mu zagrać? Za jakie grzechy?

To przez niego w swoje dziesiąte urodziny po raz pierwszy musiałem uciekać z domu, bo poruszony tym, że rodzice na pieczonym kartoflu postawili dziesięć świeczek, choć dla oszczędności ich nie zapalili, wyznałem otwarcie, że chcę być taksówkarzem! To z jego winy moim sąsiadom regularnie ginęły samochody, bo byłem w dążeniu do spełnienie tego marzenia konsekwentny, a dziesięcioletni szkrab prowadzący auto, w dodatku nie swoje, nocą ma małe szanse podczas negocjacji z przypadkowo napotkanymi chuliganami, zaczynających się od słów „samochód albo życie!”

Ale przecież nie Taksówkarzem był tylko. Nikt tak jak on, nie ciągnął siatki wypełnionej zbroją. I to pod górę. A kiedy piszę „siatki” mam na myśli sieć właśnie, a nie plastikową, jednorazową torebkę. Pozdrawiam tutaj wszystkie współczesne kasjerki. Tylko on tak przekonująco bił na ringu i czarnych i białych, a ściślej mówiąc czarno-białych rywali i z tego, co pamiętam nie musiał przed tym boksować się z żadną krową czy świnką w rzeźni. To on zaadoptował na potrzeby światowego kina rosyjską ruletkę, choć ludzie z którymi w nią grywał, o czym jestem święcie przekonany, nigdy nie czytali ani Tołstoja, ani Czechowa, a za największą zbrodnię domagającą się kary uznawali częste używanie słów z dźwięcznym „er” i „żet”. Opiewał nowojorskie tancbudy, w których grał cały ten jazz u boku pewnej kobiey z kabaretu. Nurzał się w hydraulicznym szlamie, który zalegał rury w Orwellowskim roku 1984, chociaż przyznajmy, był to rok Gilliamowski, a więc z kompletnie innej beczki. Jeśli tego jeszcze byłoby by mało, to przypomnijmy fakt ostatni. Wiele lat temu pewien spec od Szekspira usiłował zszyć z fragmentów ciał innych aktorów jego postać. Jak łatwo się domyślić powstał z tego przerażający Frankenstein.

I było to wszystko piękne. Zbyt piękne jak się okazało. Nagle bowiem w duszy naszego bohatera zwyciężyła Ciemna Strona Mocy. „Buszujący dawno, dawno temu w Ameryce razem z chłopcami z ferajny po kasynach i ulicach nędzy nietykalny ojciec chrzestny” przejął nad de Niro kontrolę. Jego twarz sparaliżował grymas przypominający ołowianą podkowę.

Popadł w depresje, zaczął rywalizować na błazeństwa z Dustinem Hoffmanem, a swojemu agentowi przykazał, że jeśli w pierwszym zdaniu scenariusza nie ma słowa „kill”, to nie warto czytać zdań kolejnych. A przecież mógł zagrać każdego. Nawet Piotra Adamczyka grającego Szopena i Papieża równocześnie.
I chociaż ostatnio znów jest nie najgorzej, to coraz słabiej świeci to arystokratyczne “de” przy jego nazwisku. I jeśli chcemy, by nie zaczęto o nim mówić po prostu Robert Niro musi zdarzyć się cud. Ale kto wie, może gdy tak zwani spece od Hollywood się zorientują, że mity greckie im się skończyły i nie ma już z czego wycisnąć kolejnej części „Głupoty Tytanów”, przypomną sobie o Biblii. Może pamiętając “Przylądek Strachu” zaproponują mu rolę Boga kreującego rzeczywistość. Pozostaje się tylko modlić, by dali mu rolę Boga z Nowego Testamentu. Ten ze Starego za bardzo bowiem przypomina Gangstera.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Porachunki z Robertem de Niro, czyli czy taki gangster straszny?' masz 1 komentarz

  1. 3 stycznia 2014 @ 7:49 pm S

    „Nikt tak jak on, nie ciągnął siatki wypełnionej zbroją.” i nikt tak jak on nie obserwował przepadku tej siatki.

    Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl