lubljana

Pierwszy tydzień w Ljubljanie

To ujmujące. Stolica europejskiego państwa. Płacę w euro. Rozmawiam po angielsku. Ludzie uśmiechają się do mnie szczerze. Jest tu świetne wino. Zauważyliście? Nie napisałem, że je piję. Wieczorami dziesiątki ludzi siedzi na zewnątrz, pomimo nie najwyższej temperatury i bawi się w najlepsze. Po dziesiątej sklepy są zamknięte. Nie ma więc gdzie kupić fajek. Zauważyliście znowu? Ani słowa o tym, że palę. Sprytnie. Na starym mieście na straganach można kupić pietruszkę, marchew i kapustę. Nie znajdziecie za to śmiesznych czapek z panoramą, magnesów na lodówkę i plastikowych figurek ze smokiem. Czysto. Chociaż ludzi mrowie. Nad wszystkim wznosi się zamek. Piękny i stary. Wysoko. Jak gołąb na iglicy Pałacu Kultury. Jak ptaki. I chodzę tak sobie od dni paru. Po tym kieszonkowym Wiedniu, po tym opuszczonym przez turystów Krakowie, po tej małej Wenecji, bo przecież rzeka, przecież mosty i tak wielu zakochanych. I nadziwić się nie mogę. Marki obuwia światowe, samochody jak się patrzy, bondowskie, a ciuchy na wystawach niczym w kościole w Konstancinie lub na tamtejszych przyjęciach w ogrodzie. I ani jednego billboardu, plakatu czy płachty reklamowej przedstawiającej zalety Korniszonów Babuni. Naprawdę. Być może trafiłem do raju. Jednak nie mówcie o nim specom od polskiego marketingu. Niech tak tu lepiej wszystko zostanie.

P.S. Uwielbiam te zagraniczne hotele. Naprawdę. Zajrzałem przed chwilą do lodówki, którą mam w pokoju. Okazało się, że przede mną musiał tu mieszkać ktoś, kto jadł niewiele. W środku nie było bowiem sera, szprotek czy cebuli. Tak jak zazwyczaj. Zastałem tam za to ogromną ilość alkoholu, którą ten nieszczęśnik musiał zostawić. Pewnie w pośpiechu. Rozdarty pomiędzy nocnym lotem do Tokyo, konferencją w Ljubljanie i trzema godzinami w Petersburgu lub Kijowie. Biedak. Musiał być mały, bo buteleczki, które w lodówce zostawił do największych nie należą. Ale co za wybór, co za rozmach, jakaż różnorodność. Czy powinienem mieć wyrzuty sumienia? Bo otworzyłem je chyba już wszystkie. Nie nie sądzę! Jak często mawiała moja Babcia, gapowe się płaci! Ale dziękuję, dziękuję panu, panie Zapominalski. Mam nadzieję, że i dla pana ktoś coś w San Paolo zostawi.

 



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Pierwszy tydzień w Ljubljanie' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl