pali sie

Pali się, pali się, pali!

Pozostało osiem dni do Świąt. Wszyscy się śpieszą. Zamyśleni, rozkojarzeni, zmęczeni. Na dwudziestym piątym piętrze wieżowca Deloitte wybuchł pożar. Zauważyłem go jako jeden z pierwszych, a i tak płomienie objęły już kilka pomieszczeń. Nie dobrze. Szesnasta pięćdziesiąt. W budynku wciąż byli ludzie. Trzeba lecieć. Wpadłem do stojącej obok Hali Mirowskiej budy z kwiatami. Na szukanie telefonicznej nie było czasu. „Ale panie, co pan?! Gdzie tu?” „O matko, Tadeusz ten facet się rozbiera”. Bo rzeczywiście szamotałem się z guzikami koszuli dość długo. Szarpnąłem mocniej. Trrrach! Guziki pofrunęły pomiędzy lilie, tulipany i róże. Prrrask! Dostałem wiązanką goździków po twarzy. Cholera jasna! Prrrrask! Właściciel budy chlasnął mnie po raz drugi. Ale nic to! Bo wreszcie udało się ściągnąć te przeklęte ubranie. I tu pojawił się problem. Okazało się, że pod spodem nie mam niebieskiego wdzianka i czerwonej peleryny tylko strój inkasenta elektrowni. Niedobrze. Nie pamiętam kompletnie dlaczego, ale nic to. Szesnasta pięćdziesiąt dwie. Tak czy inaczej trzeba lecieć. Rzuciłem kwiaciarzom „Wesołych Świąt”, wcisnąłem dwie dychy za zniszczone goździki i poleciałem. Resztę widzieliście na pewno na Facebooku. Tak, nie ma za co! Uratowałem sto trzydzieści sześć osób, w tym dwie podające się za Świętych Mikołajów. Wyniosłem z płomieni sprzęt o wartości pięciu milionów i kilka choinek z wciąż zapalonymi światełkami. Był jeszcze pies i dwa konie oraz pewien ukrywający się przed Barbarą Stanisławczyk dziennikarz Trójki. I wszystko byłoby jak zwykle pięknie, gdyby nie ten strój. Bo uniform zobowiązuje. Po sprawdzeniu, czy wszyscy są bezpieczni, przebiegłem po piętrach i sprawdziłem liczniki. Nie uwierzycie, ale przez ostatnie dwa tygodnie zużyli więcej prądu niż osiedle przy Kondratowicza na Bródnie. To pewnie ten dziennikarz. Przecież oni nie znają świętości. Że też nas rząd jeszcze nic z tym nie zrobił.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Pali się, pali się, pali!' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl