helloween

Oglądałem wczoraj Halloween nakręcony przez Johna Carpentera w 1978 roku

Oglądałem wczoraj Halloween nakręcony przez Johna Carpentera w 1978 roku. A rok powstania tego kultowego filmu dodaję nie dlatego, żeby pochwalić się znajomością historii horroru, lecz by uściślić, o które Halloween chodzi, bo więcej odcinków wśród filmów budzących grozę mieli chyba tylko Złotopolscy i Na Wspólnej.

Film ten zdecydowałem się obejrzeć po traumie, jaką przeżyłem pierwszego listopada na jednym z naszych cmentarzy. A straszne tam było wszystko, począwszy od zniczy wielkości małego wiadra, szczelnie zamkniętych w kiczowatych słojach, przez nalepki naklejone w rogu nowych grobowców promujące usługi kamieniarskie i zapewniające, że promocje są możliwe, jeśli tylko zadzwoni się pod ten, czy inny numer komórkowy, aż do pustych tablic wieńczących granitowe bungalowy, z których niektóre miały już wykute nazwiska przyszłych rezydentów oraz datę urodzin. Tak, tak urodzin. Tylko.

Przesądny nie jestem, ale odwagę pomysłodawców tego typu rezerwacji podziwiam. Wstrząsające tego dnia było także kazanie księdza, który to narzekając na konsumpcyjny i pogański charakter “tych wszystkich zabaw, jakich wczoraj byliśmy świadkami” płynnie przeszedł do zapowiedzi zbierania na tacę i zachęcił, by wyjść do alejek, którymi będą chodzili zbierający, bo przecież nie wszędzie będą się mogli “wcisnąć”, ale do tego już się przyzwyczaiłem.

Kiedy więc wróciłem do domu pomyślałem, że muszę czymś ten krzyk wewnętrzny zagłuszyć, tak jak niekiedy włącza się Paranoid Black Sabbath, po to tylko, by przestało nam grać w głowie Wstań, przecież nie jesteś sam w wykonaniu Ich Troje, które przyczepiło się do nas od rana. Nomem omen, utwór ten można było usłyszeć trzy czy cztery lata temu również na polskich cmentarzach i to o tej porze roku, bo ktoś, moim zdaniem szalony, wpadł na pomysł, że znicze z pozytywką w naszym kraju się przyjmą. Niestety, miał rację.

Halloween, jak pewnie pamiętamy wszyscy, opowiada o pewnym wieczorze poprzedzającym Wszystkich Świętych, który doprowadził do tego, że jedna z kujonek z Haddonfield w stanie Illinois zaczęła hodować rybki, w tym tą jedną najważniejszą zwaną Wandą. Grała ją Jamie Lee Curtis. Córka tej pani, którą w Psychozie Hitchcocka tak efektownie zasztyletował Anthony Perkins, że do dziś myję się w miednicy, a nie pod prysznicem, oraz tego pana, który wraz z kumplem w innym filmie wyreżyserowanym przez Billy’ego Wildera tak przekonująco przebrał się za kobietę, że pewien milioner zakochany po uszy słysząc, że jeden z nich nie jest niewiastą odrzekł: Cóż, nikt nie jest doskonały. Ok, to był Jack Lemmon, ale ojciec Jamie czyli Tony Curtis był moim zdaniem babką fajniejszą.

Wracajmy jednak do naszego horroru. Oglądałem go po raz enty, ale po raz pierwszy wczoraj zdałem sobie sprawę z tego, że John Carpenter kręcąc ten film popełnił ten sam grzech, który do dziś ciąży na barkach Stevena Spielberga. Pamiętacie Szczęki? Masowa histeria, jaką film ten wywołał doprowadziła do zmniejszenia populacji rekinów. Spielberg był tak przekonujący w tworzeniu wizji chyhającego na nasze materace i oponki ludojada, że ludzie na wszelki wypadek tłukli wszystko, co przekraczało wielkością tuńczyka, a miało płetwy. Niektórzy porywali się nawet na rosyjskie łodzie podwodne.

Kiedy więc oglądałem kolejne znakomicie nakręcone sceny Halloween pomyślałem John, przez Ciebie, nikt już nigdy nie wpuści do kuchni zamaskowanego szaleńca pukającemu grzecznie do drzwi z dużym nożem kuchennym w ręku. Nawet jeśli ten będzie akurat pukał tylko dlatego, że zatrzasnęły mu się kluczyki w samochodzie lub skończyła mu się benzyna. John, przez Ciebie ludzie zamkną się w swoich domach i ze strachu będą się tylko komunikować z innymi przy pomocy Facebooka. Stworzyłeś podstawy dla horroru totalnego. Jeśli nikt przez kolejne kilka dekad nie nakręci filmu, w którym inna nastolatka pokocha wampira i pokaże, że potwory są w porządku, ba niekiedy nawet mogą przypominać cień Jamesa Deana, tym wszystkim, którzy nigdy nie widzieli Buntownika bez powodu to jako społeczność mamy przerąbane.

A ponieważ jestem starej daty, to zaraz po Halloween włożyłem do odtwarzacza The Curse Of The Mummy’s Thomb” i pierwszego Drakulę z Christopherem Lee, bo jak mawiał Marlon Brando w Czasie Apokalipsy … „The horror, … the horror”. To niewiarygodne, że Marlon już wtedy przewidział narodziny Piotra Kraśko i telewizji śniadaniowej. To niesłychane, że dziś wszyscy w Tym gramy.

Tekst ten powstał tuż po traumie, jaką przeżyłem na jednym z cmentarzy 1 listopada.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Oglądałem wczoraj Halloween nakręcony przez Johna Carpentera w 1978 roku' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl