cohen

Odszedł Leonard Cohen

Stoję w kuchni i obieram pomarańczę. Kiedy wokół rozchodzi się ich zapach coś się zmienia. Dzieje się tak za każdym razem. Niczym pies Pawłowa reaguje bezbłędnie. Zapach pomarańczy w moim dzieciństwie kojarzył się ze Świętami Bożego Narodzenia, bo tylko wtedy były. I do dzisiaj, kiedy je biorę do ręki, zawsze słyszę jak mój Tata pastuje buty na Pasterkę. A robil to zawsze z dużym rozmachem. Zmarł Leonard Cohen, proszę Państwa. To tak jakby nagle zniknął cały takich pomarańczy sad. Drzewko za drzewkiem. Skrzynie wspomnień, wzruszeń, niezapomnianych wersów, przenośni, niedopowiedzeń. Tylko prawdziwi poeci to potrafią. Napisać taki Famous Blue Raincoat, Hallelujah czy Dress Rehearsal Rag tak, by każdy słuchając ich pomyślał: „Skąd wiedziałeś, nie było Cię przecież przy tym?”. Trudniej nam teraz będzie. Rozmawiać o miłości, nienawiści, zdradzie i przeznaczeniu. Bez niego może to brzmieć banalnie. Smutniej będzie pić wino i dłużej będziemy szukać odpowiedzi. Ale cóż, so long, Kanadyjczyku. Będzie mi Ciebie brakować, ale to dobrze, żeś w drogę mi wszedł.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Odszedł Leonard Cohen' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl