O wyższości majtek z milanezu nad reality show

Prawdę mówiąc nie pamiętam, komu pierwszemu przyszło to do głowy.  Nigdy też nie rozumiałem, dlaczego szaleniec ten znalazł naśladowców. Ale po ponad dekadzie każdy nawet najbardziej szalony eksperyment pora zakończyć.

Drodzy producenci telewizyjni, ja wiem, że to nie Wasza wina. Wiem, że wychowani na klasykach i przepełnieni erudycją, nie mogliście przejść obojętnie wobec wezwania Stendhala, by powieść (czy dzieło) była jak zwierciadło przechadzające się po gościńcu. Ale pisarzowi chodziło o zwierciadło i gościniec, a nie o pęknięte lusterko w puderniczce i przystanek tramwajowy. Jestem przekonany, że to nie plażę nad Grdyką przy zajezdni w Głośnokrzykach Stendahl miał na myśli. A jeśli nawet, to na pewno chciał, by mieszkańcy Głośnokrzyków mówili jego słowami. “Pani Bovary to ja”. Pamiętacie? Opisuję rzeczywistość, by wyrazić siebie, by coś przekazać, a nie po to, by pozwolić rzeczywistości ględzić, jąkać się i bełkotać.

Czy na prawdę nie macie już dosyć? Akt pierwszy. Roman (l. 43, nauczyciel w-f i ratownik) mówi do kamery o tym, że nie rozumie Agaty (l. 32, sprzedawczyni lodów na wspomnianej plaży), która wcześniej wyznała, że kocha Bartka (lat 35, zapalonego wędkarza) chociaż jest jej głupio, bo jest najlepszą przyjaciółką jego żony Uli (l. 40, złotej rybki). Akt drugi. Nieudolnie zagrana scenka w sklepie z firanami i kostiumami kąpielowymi w Głośnokrzykach pokazująca szarpaninę z zamaskowanym kieszonkowcem, “Zossstaw to draniu, no zossstaw, bo wezwę policję!” “Agata, no co ty, głupia, to ja Bartek” “Zossstaw to Bartek, no zossstaw”. Akt trzeci. Bartek mówi do kamery, że musiał ukraść Agacie te listy, bo wie, że Ula, przyznała się w nich do zauroczenia Romanem, a jego ostatnim życzeniem, to znaczy Bartka, byłoby, żeby Roman szerszy w barach o “taaaką rybę”i wyższy o stołek do skrobania łuski się o tym dowiedział. To, co? Jedziemy już do szpitala dla wariatów, czy czekamy na akt czwarty?

Nieszablonowi autorzy telewizyjnych scenariuszy i wy statuetki Emmy godni reżyserzy, kto Wam do cholery powiedział, że pokazywanie zwykłych ludzi, którzy nie tylko w zwykły sposób będą mówić o swoich zwykłych problemach, ale i zwyczajnie spieprzą ich zainscenizowanie, zapewni jakieś niezwykłe efekty? Na jakich prochach jesteście w stanie tego doświadczać i to przez kilka tygodni na planie? Udostępnienie tych tabletek społeczeństwu na pewno wpłynie na obniżenie liczby rozwodów. Za jakie grzechy, ktoś Wam każe to robić? Ile pożyczyć Wam kasy żebyście osiedlili się na Grenlandii? (Precyzyjnie rzecz ujmując chodzi o ten jej fragment, który za miesiąc zabierze ocean). Jaką sumą Was przekupić, byście nigdy już nie tknęli kamery, nawet podczas komunii siostrzenicy?

Spauperyzowana wersja wspomnianego na początku założenia Stendahla brzmi “najlepsze scenariusze pisze życie”. I niech będzie. Niech barwy szczęścia migoczą sobie na Wspólnej na dobre i na złe. Przeboleję, choć dostaję M jak Mdłości, ale błagam, nie każcie już nigdy mówić amatorom do kamery, o tym, co chwilę wcześniej przed ta kamerą zrobili i dlaczego. Nie pozwólcie, by wszechwiedzący narrator powtórzył to po raz trzeci. Nie szukajcie już “prawdziwych ludzi”. W castingach przez dekady chodziło o to, by znaleźć kogoś nietuzinkowego, a nie kogoś, kto nawet słowo “słoik” powie tak, że słuchających zabolą zęby. Trzeba być prawdziwym sadystą, by czerpać przyjemność z oglądania tych nieboraków wijących się na planie jak złodziej opon przed sierżantem na komendzie.

Prawdziwemu, nieprzetworzonemu życiu w tak zwanej sztuce mówimy nie. Ten eksperyment należy zakończyć jako nieludzki i niehumanitarny. Ktoś kiedyś, dawno temu zrobił już z pisuaru fontannę i wystarczy. Siknęło skandalem, zapachniało moczem. Było fajnie, przyznaję, ale ile można? Jeśli jednak, drogi twórco, wciąż cierpisz na manię podglądania życia, to kup sobie proszę lornetkę. Sześćdziesięcioletnia sąsiadka spod szóstki lub sąsiad, który był myśliwym za czasów Gomułki będą zachwyceni i gwarantuje, że zorientowawszy się, że są podglądani najpierw zdejmą firanki a potem majtki z milanezu lub z szopa pracza. Ale będą o tym wiedzieć tylko oni, milanez, szop i ty.  Mnie w to już proszę kochany nie mieszaj!



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'O wyższości majtek z milanezu nad reality show' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl