O tym, dlaczego już nie płaczę na filmach tak jak kiedyś

Bardzo często płakałem na filmach. Zazwyczaj na westernach i tych, w których większość spornych kwestii rozstrzygało się przy pomocy płaszcza i szpady. Jak tylko widziałem na dużym ekranie jakiegoś Czerwonoskórego lub kardynała odzianego w purpurę, to łzy tłoczyły się pod moimi powiekami niczym emerytki w tramwaju linii 17. Może dlatego, że zawsze chciałem być Indianinem lub Muszkieterem? Kto wie? Ale przecież roniłem też łzy na tych głupiutkich komediach romantycznych z Sandrą Bullock czy Meg Ryan. Czy to oznaczało, że chciałem być kobietą? W dodatku nie najszczęśliwszą?

Do dziś pamiętam to nieutulone poczucie żalu, jakie ogarnęło mnie podczas napisów początkowych do filmu Speed. Marzyłem więc w głębi ducha i o tym, by być autobusem lub odbezpieczoną i bliską wybuchu bombą? O tak, bezsprzecznie kino było kiedyś zwierciadłem naszej duszy. Ostatnio jednak coś złego się z nim stało.

Leonardo di Caprio zastąpił Roberta de Niro, a niedawno nawet Redforda. Niejaki Robert Pattison zaczął o zmierzchu udawać Jamesa Deana, a Ridley Scott zwariował i zepsuł bezpowrotnie całą moją sympatię do Robin Hooda i pewnego sympatycznego gada, który na statkach kosmicznych przemierzających dwie ostatnie dekady XX wieku czuł się wyjątkowo obco. Nawet mój ukochany Woody Allen, którego miłość do Nowego Jorku sprawiła wiele lat temu, że brałem na serio pracę na zmywaku na Greenpoincie rozmienia się dziś na drobne udając mało śmiesznego Europejczyka.

Gdzie się podziały te wszystkie łzy, choćby ze śmiechu, gdzie to wzruszenie? Czy zabił je format mp4 i fakt, że siadamy dziś do filmowej uczty przed mizernym ekranem telewizora, bez popcornu i coli, ale w wymiętych dresach i kapciach? A może nie sposób jest już płakać oglądając wciąż te same odgrzewane kotlety.

Co się z Tobą stało Dziesiąta Muzo? Gdzie jest dzisiaj Hitchcock, gdzie taki choćby Greenaway, czy tani jak papierowa chusteczka Roger Corman?

Muszę przyznać, że najsłynniejsza sweet fotka ostatnich czasów, ta zrobiona podczas ostatniego rozdania Oskarów budzi moje przerażenie. Bo niby wszystko fajnie, zamawiamy do Pałacu Bogów pizzę, robimy oko udając śmiertelników zgromadzonych podczas długo oczekiwanego spotkania Naszej Klasy, ale cholera, powiedzcie proszę, dlaczego przestałem płakać? Czemu mam to coraz częściej gdzieś?

Może jest tak, jak podczas finałowej sceny mojego ulubionego Podziemnego Kręgu? Wszystko się wali, a ty najdroższa trafiłaś na bardzo ciekawy fragment mojego życia? A może został nam już tylko youtube i wzruszenia nie dłuższe niż podróż Małego Davida od Dentysty?
Żyjemy w czasach, w których nie ma już miejsca na Wielką i Godną Łez Opowieść, bo my sami oszołomieni zbyt dużą ilością galopujących doznań nudzimy się już po pierwszym Jej zdaniu. Jak długo jesteśmy w stanie cytować te, umówmy się, kiepskie Historie? Te znane wszystkim, koszmarne i nic nie znaczące dowcipy?

Pewna kobieta ukradła pieniądze szefa i postanowiła się schronić w motelu prowadzonym przez szaleńca, który za mocno kochał, nienawidził swoją matkę. Pewien facet uciekł do Casablanki przed nieszczęśliwą Miłości, którą opisać może tylko w piosence czarnoskóry i skądinąd sympatyczny pianista. Play it, play it again Sam. Niech będzie znów, tak jak kiedyś. Bo to był przecież początek niesamowitej przyjaźni. Więc proszę, niech znów poleją się łzy, a nie bezduszne i głupie jak wiadro przeróbki, powtórki i duplikaty.

Wróć moje Kino. Zabierz mi oddech. Nigdy nie wstydziłem się płakać, ale daj mi kurcze znów ku temu powód! Muszę przyznać, że w swojej samotności tęsknię do tego jak diabli!



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'O tym, dlaczego już nie płaczę na filmach tak jak kiedyś' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl