No nie wiem, ale to brzmi po prostu, jakby było z Belgii.

Kiedy wiele lat temu słuchałem sobie w pracy składanki Wima Mertensa, do pokoju weszła nagle  jedna z nowych koleżanek. „O, czy to nie jest czasem jakaś belgijska alternatywa” – zapytała?  Osłupiałem, bo na składance były wyłącznie numery instrumentalne. Kiedy zapytałem szybko, skąd ten pomysł, rzuciła jedynie przez ramię: „no nie wiem, ale to brzmi po prostu jakby było z Belgii” i wróciła do pracy. Prawdę mówiąc nigdy z nią do tego tematu nie powróciłem choć dzisiaj żałuję, bo przez piętnaście lat nie udało mi się odkryć, jak można na postawie kilku instrumentalnych taktów odkryć, skąd pochodzi kapela?

Zdarzenie to miało ten skutek, że odtąd za każdym razem gdy słyszałem „zespół z Belgii” nastawiałem uszu czujnie, albo jeszcze czujniej.  I dzięki temu dotarłem na trop najbardziej pechowej kapeli z tego kraju.

Początków The Names, bo o tej nowofalowej grupie jest mowa, należałoby szukać w roku 1977 w muzycznym podziemiu Brukseli. To tam z inicjatywy dwóch kumpli – grającego na gitarze Marca Depreza i basisty Michela Sordinii – powstaje formacja The Passengers, której nazwa na pewno zdradza inspiracje muzyczne pomysłodawców. Przypomnijmy, że właśnie wtedy przebywający w Berlinie Iggy Pop nagrywa singiel o podobnym tytule, a w całej Europie od ponad roku wrze za sprawą podopiecznych Malcolma McLarena. Punk króluje niepodzielnie. Deprez i Sordinia łatwo więc znajdują muzyków o podobnych zainteresowaniach. Dołącza do nich, by zasiąść za perkusją Mike S. Christophe den Tandt , a drugą gitarę bierze do ręki Robert Franckson. Za mikrofonem początkowo staje Isabelle Hanrez, ale nie zagrzeje tam długo miejsca. The Passengers  na koncertach grywali covery Velvet Underground lub Richarda Hell i jego Voivoids, a na wokalu mieli kobietę, dla krytyków stało się więc oczywiste, że to nic innego jak belgijska Blondie, a ambitnym chłopcom zależało na uznaniu ich oryginalności

Grupa poświęciła cały rok 1978 na poszukiwanie własnego, unikalnego stylu. Den Tandt przesiadł się zza perkusji do klawiatury keyboardu, Sordina, niczym Sting z The Police, przeszedł na pozycję basisty lidera a  zespół zaczął nagrywać własne kompozycje. Z dużym powodzeniem, bo grupa została zauważona.  Zaproponowano jej granie jako support w belgijskich koncertach bardzo wówczas modnego Magazine. Pisząc ten tekst słucham sobie nagrań pochodzących właśnie z tamtej trasy. Na szczęście zachowały się w bardzo dobrej jakości i pomimo tego, że towarzyszą mi już czas jakiś wciąż robią duże wrażenie. Zebrano je na krążku będącym kompilacją wczesnych nagrań studyjnych i koncertowych The Names pt. „Spectators of Life” . Już pierwszy numer grany na wspomnianej trasie czyli „Nothing to fear” pokazuje, ze mamy do czynienia z grupą ważną. Jeśli zaś choć raz włączycie sobie „Actually” to zakochacie się w niej już po pierwszych sekundach. Na tamtym koncercie grupa zagrała też piosenkę, którą za kilka miesięcy wyda jako swój pierwszy singiel. To od niego wzięła tytuł cała składanka.

Sordinia podczas trasy śpiewał po angielsku.  Podobno nie przysporzyło mu to fanów pośród belgijskiej publiczności, ale zwróciło za to uwagę szefów brukselskiego oddziału WEA. Wytwórnia udostępniła grupie studio w celu nagrania singla. „The Spectators of Life” to numer doskonały i mógłby stać sie przebojem, gdyby wyszedł kilka lat później. W 1979 był po prostu za słodki dla fanów punka i zbyt szorstki dla popowego mainstreamu. Takie pechowe „niedopasowanie” stanie się poważnym przekleństwem dla formacji, ale nie wyprzedzajmy faktów

Tuż przed wydaniem debiutanckiego krążka grupa zmieniła nazwę na The Names. Za to tuż po nim doszło do wydarzenia, które teoretycznie miało zmienić wszystko. 17 stycznie 1980 pojawiła się w Brukseli na jednym koncercie legenda brytyjskiej sceny niezależnej czyli Joy Division.  Sordinia, któremu Belgii było za mało, dociera po koncercie do menadżera grupy Roba Grettona i wręcza mu wciąż jeszcze gorący singiel. „Towarzyszu pomożecie?” Michel miał nosa i wiedział kogo o pomoc prosi, bo Joy Division była wtedy okrętem flagowym manchesterskiej Factory, a dostać się do Factory oznaczało zdobyć szczyt. (Na marginesie, kto dziś pamięta trzy kapele z Manchesteru, które wtedy na szczycie były. A Certain Ratio, Section 25 and Durutti Column?  Eeech, panta rhei!) Ale wracajmy do naszej Fabryki, w której singiel się bardzo spodobał. Po kilku tygodniach Gretton zaprasza The Names do Wielkiej Brytanii. Grupa leci tam w poszerzonym składzie, bo ma już regularnie grającego z nią nowego perkusistę – Luca Capellę.

W tym czasie rozpada się niestety Joy Division. (Ian Curtis popełnił samobójstwo 18 maja a The Names wyruszył na podbój Manchesteru we wrześniu). Jak się za chwile okaże, to Joy Division sprawił, że The Names opuściło Brukselę ale i przez ten zespół Belgowie szybko musieli to tej Brukseli wracać. Zanim jednak to nastąpiło Factory przydziela im do nagrania swojego najlepszego człowieka. Legendarnego Martina Hannetta. Efektem tego spotkania był singiel „Nighshift”, który od razu stał się hitem. Przez kolejne miesiące Factory wyprzedaje cały nakład – 4500 egzemplarzy, ale z sobie tylko znanych względów nie zadba o dodruk. A przecież zespół był na prawdę w znakomitej formie i mógł osiągnąć wiele. Tym bardziej więc niezrozumiałe są powody dla których w ostatniej chwili odwołano ich długo oczekiwany brytyjski koncert. Panowie z Factory w ostatniej chwili zdecydowali, że 30 lipca 1980 roku w Beach Club w Manchesterze nie zagra The Names z Belgii  a trzech ex-członków Joy Division. Dziwnym zbiegiem okoliczności Steve Morris, Peter Hook i Bernard Sumner, wystąpili wtedy jako No-Names.

Factory daje, Factory zabiera. Zespół zniknął zanim zdążył rozwinąć skrzydła, bo wprawdzie nagrywa drugi singiel, ale  na skutek kilku nieporozumień pomiędzy brytyjskim a belgijskim oddziałem wytwórni, materiał trafia na stół mikserski Hannetta dopiero w styczniu 1982 roku (rok po „Nightshift”!!!). W tym czasie energia zespołu zaczęła się rozpraszać na przypadkowe projekty solowe i dopiero propozycja Johna Peela, by grupa zagrała w jego programie zapaliła ponownie promyk nadziei.  Podczas sesji The Names nagrała cztery piosenki „Discovery”. „Life by the Sea” „(This is ) Harmony” i „Shanghai Gesture”. Materiału było więc coraz więcej i panowie postanawiają przekonać Factory, że pora na płytę. Grupa leci do Manchesteru do matczynej wytwórni i nagrywa ponad 40 minut materiału.

Niestety podczas pracy nad ostatecznym miksem chłopcy przyjmują sugestię Martina Hannetta, by debiutancki krążek podzielić na dwie części. Szybszą „Day” i spokojniejszą „Night”. Niestety tym razem intuicja Hanneta zawiodła. Podobnie nie najlepiej przysłużył się płycie jego pomysł, by kolejne utwory połączyć w całość przy pomocy pluskania wody. Płyta wprawdzie nosiła tytuł „Swimmin” ale powracające odgłosy wody utrudniały stacjom radiowym puszczanie pojedynczych piosenek. W rezultacie pomimo kilku dobrych recenzji, album sprzedawał się słabo. Kiedy słuchamy go dzisiaj dostrzegamy, że problemem nie była woda, ale znów nietrafiony czas.

Pierwszy singiel The Names wyszedł za wcześnie, debiutancki album za późno, a  Nieśmiertelność zdobywają ci którzy są precyzyjni. W roku 1980 takie granie byłoby prekursorskim eksperymentem, dwa lat później brzmiało już jedynie jak łabędzi śpiew Zimnej Fali. Jakby tego było mało tuż przed tym gdy zespół miał wyruszyć w trasę promocyjną perkusista Luc Capelle miał fatalny w skutkach wypadek na motorze i został na długo wyeliminowany z normalnego życia. To był gwóźdź do trumny dla formacji, która zdołała jeszcze nagrać tylko jeden singiel, wydany w październiku 1983 r „Astronaut” i rozpadła się z przyzwoitości.

W 1991 roku wytwórnia chcąc się niejako symbolicznie zrewanżować za tych którzy niewłaściwie pokierowali karierą The Names wydała ich debiutancki album na kompakcie.  Do oryginalnego materiału ze „Swimmin” ku niewyobrażalnej radości fanów dodano wszystkie single grupy i kilka bonusów. Dało to szansę na chwilową reaktywację i zarobieniu kilku euro. Panowie postanowili ruszyć w trasę pod zmienionym jednak szyldem czym zdobyli mój wielki szacunek. Jako JAZZ nagrali nawet płytę, na której znalazło się dziewięć nowych kawałków. Nosiła tytuł „Nightvision” i jeszcze niedawno można było kupić bezpośrednio u wydawcy czyli w Pazz Label.

Reedycji debiutanckiego kompaktu w 2002 roku  towarzyszyło zaś wydanie wspomnianego już krążka „Spectators of Life” z niepublikowanymi dotąd nagraniami na żywo. Te trzy płyty fanom tego dobrze zapowiadającego się belgijskiego Joy Divison niestety muszą wystarczyć. I wielka to szkoda, bo osobiście uważam, że mogli stać się Wielcy.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'No nie wiem, ale to brzmi po prostu, jakby było z Belgii.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl