kasztany

Nie potrafię rozmawiać z obcymi.

Kompot z malin. W dużym emaliowanym garnku. Gotuje się od pół godziny, a ja obserwuję pięć owoców nurkujących we wrzątku. Garstka malin w trzech litrach wody. Znowu to zrobiłem. Pani z warzywniaka wciskając mi wypełniony po brzegi koszyczek, twierdziła, że maliny są świeżo zerwane i słodkie jak pierwszy pocałunek. A ja chociaż czerwony sok lał mi się po spodniach, nie byłem w stanie zaprzeczyć. W domu udało mi się uratować jedynie garstkę niedobitków. Oprócz nich w koszyczku była jedynie bliżej nieokreślona melasa plus dwa skasowane bilety na metro.

Nieśmiałość. Straszna rzecz. To przez nią w parku zawsze siadam na skraju ławki. Gdybym wybrał jej środek, to pewnie znów dwóch gości sadowiących się po mojej prawej i lewej stronie zakrzyknęłoby do kumpla: „Piotrek siadaj pomiędzy nami. Tu jest jeszcze dużo miejsca”. A ja siedziałbym cicho, aż skończą pić piwo. Piotrek, jakiś czas temu rzucił palenie, więc dało się to jakoś wytrzymać.

Kiedy wchodzę do supermarketu, to przez większość czasu biegam pomiędzy regałami i ustalam z ludźmi, kto będzie stał w kolejce przede mną. Przy kasie i tak zawsze wszystkim ustępuję, więc tak jest dużo prościej. Niestety, działa to tylko w przypadku zakupów spożywczych. Prawdziwy problem zaczyna się w sklepie z ubraniami. Wybrałem się tam ostatnio po bokserki. Na wszelki wypadek do koszyka włożyłem jeszcze dwa swetry, jakąś kurtkę i kilka koszul. Kasjerka widząc taką stertę ubrań zazwyczaj o bokserki nie pyta. Raz jedna zaproponowała głośno, że trzy sztuki takich majtek mogę kupić w promocyjnej cenie i musiałem na jakiś czas wyjechać z Polski. Wróciłem dopiero wtedy, gdy dowiedziałem się, że sklep ten splajtował. Majtki. Co za okropne słowo.

W restauracjach zazwyczaj wybieram stolik gdzieś przy toalecie. I modlę się od wejścia, by żadna z kelnerek mnie nie zauważyła. Zdarza się jednak, nawet o w czwartej w nocy, że jakaś do mnie podejdzie. Uśmiechnie się zniewalająco i zapyta czego się napije. Wpadam wtedy w panikę i bez słowa kładę banknot pięćdziesięciozłotowy na stoliku przede mną. Wychodzę tak szybko, jak tylko się da. Nie potrafię rozmawiać z obcymi. Nawet z facetami, a przy kobietach zazwyczaj tracę przytomność.

Pamiętam jedną z moich pierwszych randek. Poszedłem do kina z dziewczyną, którą wybrała mi siostra mojej babci. Ciocia twierdziła, że jest to dziewczyna o nieposzlakowanej opinii, z zasadami. Odpowiadało mi to bardzo. Przez pierwszych piętnaście minut szliśmy w całkowitym milczeniu. Aż wreszcie ona, już przed samym kinem, przytuliła się do mnie niedwuznacznie i wyszeptała: „Słuchaj, a może pomińmy te ceregiele i od razu chodźmy do mnie?” Słysząc to wpadłem do wykopanej przez chłopaków z wodociągów kilkumetrowej dziury, przesadziwszy wcześniej wysoki, biało-czerwony płotek, którym dziura ta była otoczona. Dziewczyna była tak zaskoczona, że nie wsiadła ze mną do karetki. Wypuszczono mnie po kilku godzinach. Kilka szwów, lewa noga w gipsie, ręka na temblaku. Przed wejściem do szpitala jakiś motocyklista wjechał przednim kołem na moją prawą stopę i zatrzymał się, by poplotkować ze znajomą pielęgniarką. Nie wiedziałem, jak im przerwać. Po kwadransie, już na noszach, wróciłem na izbę przyjęć. Motocyklista, za co jestem mu wdzięczny do dzisiaj, także nie podążył ze mną.

Skończyłem trzydzieści pięć lat. I wciąż liczę na to, że coś się zmieni. Że jesienią ludzie nie będą na mnie grabić suchych liści, jeśli zatrzymam się na chwilę pomiędzy drzewami. Albo próbować mi włożyć na głowę czapeczki ze skorupki z kasztana. Na nogach z zapałek ucieka się nie najlepiej i trudno jest zapałkową rączką wystukać numer domofonu. Szczególnie, gdy goni cię kilka piesków zrobionych z żołędzi.

A może nie ma co jeszcze o tym myśleć? Wciąż mamy przecież lato. W upalne wieczory wciąż mogę przysiąść z moimi sąsiadami na podwórku, żeby pograć w szachy. Grają bardzo dobrze. W więzieniu można doprowadzić do perfekcji każde hobby. „No dobrze, zaczynaj. Twój ruch Karolu” „Pionek na C-4. Szach i mat” Ufff, co za ulga. Biorę głęboki oddech. Szczęśliwy. A jednak w moim życiu wciąż można spotkać jakieś małe, zaskakujące przyjemności.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Nie potrafię rozmawiać z obcymi.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl