snieg

Nie jedz śniegu we wtorek, czyli rozterki hipstera

Wydawało mi się, że w kinie widzieliśmy już wszystko. To co dobre, rzecz jasna. Z moją dziewczyną od lat oglądaliśmy niezależne filmy islandzkie, fińskie, norweskie i te nakręcone na Wyspach Owczych. Lubiliśmy je i potrafiliśmy bezbłędnie wskazać dlaczego.

Film był wybitny, jeśli umarto w nim troje ludzi, w tym najmłodsze na szkorbut i padły w nim wszystkie owce w okolicy. Akceptowalny, gdy zachorowała tylko matka, o ojciec przyznał się do kontaktów pozamałżeńskich. Jak wszystkim wiadomo Islandia wciąż nie zalegalizowała małżeństw ludzi i zwierząt parzystokopytnych.

Niestety i w tym wymarzonym dla miłośników kina rejonie zdarzały się dzieła słabsze. Jeśli widzieliśmy, że bohaterowie byli zdrowi i dalecy od najlżejszego choćby przeziębienia, wychodziliśmy z seansu od razu. Kiedyś nawet wybiegliśmy, gdy nagle bez zapowiedzi, przed kamerą urodziła jakaś samica renifera i wszystko wskazywało na to, że będzie miała zdrowego potomka. Nasze filmowe preferencje były wszystkim znane.

Nikt nas nigdy nie zapraszał na premiery komedii romantycznych czy musicali, chociaż Kraina Lodu mi się akurat podobała. To znaczy na początku, gdy mała Anna tkwiła w śpiączce.

Wiedliśmy sobie więc spokojne, szczęśliwe życie. Planowaliśmy nawet adoptować kilka małych, białych niedźwiedzi albo fokę, z którymi spacerowalibyśmy sobie, jak gdyby nigdy nic, nad Wisłą.

Aż tu nagle, zupełnie przez przypadek, bo nie dostaliśmy biletów na Nie jedz śniegu we wtorek wpadł nam w ręce ten film. Na DVD. Był dołączony do czasopisma Z mrożonkami przez wieki, które od czasu do czasu, kiedy byliśmy totalnie zdołowani, kupowaliśmy. Nie mogę zdradzić jego tytułu. Nie chcę, by i Wasze życie wywróciło się do góry nogami.

Przez pierwsze minuty kręciliśmy się niezdecydowani. To chyba nie moja filiżanka gorącego kakao, powiedziała moja dziewczyna. Ja również poczułem się nieswojo. Tak jakbym oglądał całujących się moich rodziców, chłopaka bez podkręconych wąsów albo ministra finansów, który przyznaje się do błędu.

I wreszcie coś zaiskrzyło, rozbłysło. Fabuła zatańczyła przed nami jak zorze polarna i nagle, po raz pierwszy od trzech lat usłyszałem: Kotku, możesz podkręcić trochę ogrzewanie? Jasne, już to robię – powiedziałem zwiekszając w iPhonie temperaturę. A mógłbyś jeszcze trochę? Tak, żeby było powyżej piętnastu? Podkręciłem.

I skończyliśmy oglądać to arcydzieło bez koca i termoforu. A potem, tego samego wieczoru obejrzeliśmy je jeszcze dwukrotnie. No i na święta lecimy do Kenii. Do znajomych, których poznaliśmy w poniedziałek na solarium. Wiem, że to może nie dobrze. Tak na gorąco podejmować takie decyzje, ale gdybyście tylko widzieli ich filmotekę.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Nie jedz śniegu we wtorek, czyli rozterki hipstera' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl