Babcia Jasia

Miłość to rzecz dla głupców, ale święta to rzecz.

Zaczynała je smażyć o trzynastej. Może pół godziny później. Kotlety schabowe mojego życia. Topione w tłuszczu, przekładane na patelni przez wiele godzin. Wiedziała, że przed zmrokiem nie pojawię się w domu, to był jednak październik i zmierzch zapadał szybko. A dla niej liczyło się jedno. Kiedy pojawię się w drzwiach obiad musi być ciepły. Kotlety skwierczały. Garnek z ryżem zawinięty w gazetę mruczał jak kot pod kołdrą. Czekając. Szczęśliwy, że nie musi jak ona stać przy oknie. Wypatrywać. Może dziś ta moja zguba, to zjawiątko przyjdzie wcześniej? Liczyła na to codziennie.

Przecież mówiłem Ci tyle razy, że będę po osiemnastej. Tak, tak, a kisiel Ci smakuje? Znów starła do niego całe jabłko i szczęśliwa jak dziecko podjadała go ze mną swoją łyżeczką. Byłem na pierwszym roku studiów. I zdecydowałem się mieszkać z nią, a nie w akademiku. Była kobietą mojego życia. Co wieczór siadywała po przeciwległej stronie stołu i pytała. Co w szkole? Jakich mam kolegów? Kiedy przyprowadzę jakąś dziewczynę? Czy dorobić jeszcze mizerii? Przepraszała, że nie zdążyła zrobić drożdżowego ciasta. Wiedziała, że je uwielbiam. Zrobi jutro. Ciasto musi być wyrobione ręcznie, a ręce u niej już nie te. Wyciągała przed siebie dłonie pokazując, w którym miejscu bolały ją tej nocy. Mówię ci Misiu, że to już nie jest to życie co kiedyś.

Zrobić ci jeszcze jajka sadzone? Od tamtej pory przeprowadzałem się wielokrotnie, ale do dzisiaj mam patelnię, na której je robiła. Małą jak ona. I równie okrągłą. Tę patelnię jak wiele innych rzeczy zabrała ze sobą z poprzedniego domu. Nic się nigdy nie mogło zmarnować. Spędzałem w nim moje dzieciństwo. To tam pokochałem jej ciasto, uśmiech, rymowanki, którymi odpowiadała właściwie na wszystko. Dzisiaj jest sobota, imieniny kota. To tam usłyszałem po raz pierwszy w swoim życiu, że można sobie coś nucić pod nosem. Nieustannie. W długim domu z czerwonej cegły, w którym zajmowała dwie małe izby. A zaznaczyć tu warto, że wcale nie łatwo było do nich dotrzeć.

Wejścia na podwórko pilnował nastroszony dozorca z piekła rodem. Pojawiał się nieoczekiwanie pod krzakami bzu, przy ręcznej pompy, obok boskich mirabelek lub wyskakiwał nagle z zarośniętego łopianem jabłkowego sadu. Pióra miał białe, ział ogniem i zanim ruszył do ataku machał groźnie skrzydłami. Obiecywała mi wielokrotnie, że zrobi z niego rosół. Pewnie pyszny jak zawsze. Kiedy udawało się go w końcu wyminąć, wchodziło się do drewnianej sieni wypełnionej skarbami. Sezamu pachnącego małosolnymi ogórkami i świeżo wędzoną kiełbasą. Był to mój magazyn z zabawkami. Metalowa waga, rodzina zardzewiałych odważników, druciane koszyki z syfonami, butelki po oranżadzie o porcelanowych kapslach. Kilka desek, z których zawsze udawało się zrobić karabin.

Strzelałem z niego do zdradzieckich liści chrzanu i wyjątkowo groźnych ostów, tatata tatata, a ona szperała w swojej przepastnej szafie w poszukiwaniu jakiejś dawno nie noszonej sukienki, malowała się uważnie przed lustrem, podkreślała brwi czarnym tuszem i mówiła: chodź, pójdziemy teraz do dziadka, na cmentarz. Była damą w każdym calu. Niech nikogo nie zwiedzie, że zastaliśmy ją na początku przy kuchni. Była olśniewająca. W tym swoim różu na policzkach, z obowiązkową apaszką we włosach, z nienagannie pomalowanymi paznokciami. I złotą brożką spinającą pod szyją kolorowy szal albo chustkę.

Pozostawała damą nawet wtedy, gdy co wieczór ze swoim bratem, szwagrem i siotrzeńcem grała w durnia czy tysiąca. Przy wódce. W oparach bardzo wyszukanych epitetów, których grający sobie nigdy nie szczędzili. Do dzisiaj w nocy budzą mnie te głośne plaśnięcia kart o blat stołu i triumfalne, a masz, masz w takim razie! Niekiedy przegrywała, ale miała klasę i niespotykany już dzisiaj dystans. Do siebie, do samotności, której bała się najbardziej, nawet do spraw wiekuistych. Modliła się co wieczór, żarliwie i głośno. I nigdy to jej nie przeszkadzało śledzić równocześnie w telewizji kolejnego odcinka latynoskiego serialu o miłosnych perypetiach biednej Manueli czy Mirandy. Z życia brała to co najlepsze.

Po czemu ogórki? Po dwa złote? Takie psiuny? Wezmę kilogram po złotówce, ale wybierz mi kochany takich większych. Chyba sobie dzisiaj zrobię słoiczek kiszonych.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Miłość to rzecz dla głupców, ale święta to rzecz.' masz 1 komentarz

  1. 1 lipca 2018 @ 9:46 pm Ola

    Te milosne perypetie to byly Isaury… 😉
    Lezka sie w oku zakrecila. Za babciami, kotletami (u mnie to byly placki hryczuszki) i za Isaura troche tez… <3

    Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl