Listonosz nie zawsze puka dwa razy

Znalazłem przed chwilą w tej śmiesznej, metalowej skrzynce rosnącej na klatce schodowej, tej, którą karmi się ulotkami (a przynajmniej do mojego domu woluntariusze z paszą przychodzą codziennie) papierową pocztówkę. Taką prawdziwą ze stempelkiem i papieżem na znaczku (tym razem był to jakiś papież motyli, nie Polak) i skropioną tu i ówdzie wodą morską, której krople mają łzy tęsknoty udawać. Antyk cenniejszy od krzesła Ludwika XIV lub foteli ze Swarzędza. Ktoś mnie na niej gorąco z jakiegoś krańca świata pozdrawia i skrupulatnie opisuje swoje wrażenia. Tak, gdzie wzrokiem nie uciec, wszędzie tam biegają robale, czy to za chlebem czy w poszukiwaniu pracy i nie, z tymi gekonami to jednak nieprawda. Pod koniec dosyć poruszającego w sumie tekstu, bo był jeszcze gruby makaronik miejsca pod obowiązkowym dwukropkiem i dużym C przytulonym do niego, nadawca mnie o coś zapytał. Czymże by była prawdziwa pocztówka bez jednego choć P.S.? O co pytał, nie ważne, istotna jest bowiem moja natychmiastowa reakcja, po tym, gdy pytanie to przeczytałem. Co zrobiłem? Zacząłem jak jakiś pies Pawłowa wodzić kciukiem po kartce szukając przycisku z napisem „Odpowiedz”. Na szczęście na klatce schodowej w tym momencie zgasło światło (i usłyszałem zachrypnięty znajomy głos spod dwójki „sąsiedzie, nie miałby pan może na piwo pożyczyć?) Gdyby nie to, prawdopodobnie próbowałbym jeszcze, zanim wejdę do mieszkania, ten Bogu ducha winny kawałek tekturki kilkakrotnie zrestartować To już koniec tej opowieści i czas na morał. Piszcie jak najwięcej, piszcie na mankietach, serwetkach i pocztówkach, bo chyba dzieje się z nami coś dziwnego



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Listonosz nie zawsze puka dwa razy' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl