nowy orlean

Księżyc nad Bourbon Street.

Nowy Orlean. Zaraz po zmierzchu. Włóczymy się z przyjaciółmi po Bourbon Street. Powietrze jest gęste jak gumbo z wieprzową kiełbasą. Turystom to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy tu właśnie po to. Zanurzyć się w tej mazi. A miesza się tutaj dosłownie wszystko. Lestat de Lioncourt, Cincinnati Kid, Stanley Kowalski, Luis Cyphre. Po jednej stronie gra jakiś jazzowy zespół, po drugiej – grupa młokosów próbuje zrozumieć, o co chodzi w reggae. Kilka kroków dalej słychać już „Sweet Home Alabama”, „Hasta Siempre” czy „Crossroads”, które brzmi tak, jakby wykonywał je sam Robert Johnson. To nie jest ulica, to skala w odbiorniku radiowym. Obojętnie czy skręcisz w prawo, czy w lewo, zawsze znajdziesz coś zaskakującego. Nawet industrial. Na krawędzi przeciwległego chodnika bezdomny uderza kawałkami desek w kosz na śmieci. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie słyszałem. Przystaję i kryjąc się za plecami krewetek, raków i krabów, które ochoczo gotują się tutaj razem z nami, robię mu zdjęcie. Pojawia się jak duch. O krok przede mną. Skinieniem głowy pokazuje aparat i wyciąga przed siebie dłoń. Zapłać. Robię głupią minę. Pomalowane żółtą farbą deski nie wyglądają groźnie. Bębniarz nie daje jednak za wygraną. Zagniewany barykaduje cały chodnik. Wciąż mam w pamięci sklep z pamiątkami voodoo, który odwiedziliśmy w samo południe. Właściciel wyglądał identycznie. I też kazał płacić sobie za zdjęcia. Miejscowi kroją turystów na całym świecie. Ci obaj byli jednak inni. Jak kogut, który biega po podwórku z poderżniętą szyją. Oddaję wszystkie drobne, jakie mam w kieszeni. Odpuszcza, a ja nie mogę odnaleźć moich znajomych. Krabów i krewetek jest coraz więcej. Komórkę zostawiłem w hotelu, więc na chybił trafił przesuwam potencjometr w prawo. Swing, drum’n’bass, bosanova. Decyduję się na drinka w najbliższej knajpie. Ten kwartet jazzowy jest tak dobry, że wypiję jeszcze dwa. Wszyscy wyszli na parkiet. Ubrany w purpurową marynarkę trębacz gra lepiej od Lee Morgana. Wyobrażam sobie, że za chwilę wejdzie tu jego żona i zastrzeli go z zimną krwią. Zamawiam piwo. Tłum zamyka się przede mną jak pokrywa garnka. Jakiś facet pyta, skąd jestem? Czy postawić mi coś jeszcze? Desperacko próbuję przypomnieć sobie nazwę naszego hotelu. Albo choćby ulicę. Trzeba wiać. Gdzie oni, kurwa, poszli? Już na zewnątrz zdaję sobie sprawę z tego, że wypiłem za dużo. Mój pęcherz wyje jak syrena policyjna. Skręcam w najbliższy zaułek, ale całuje się tam jakaś para, więc nic z tego. Wołają coś za mną roześmiani. Poza główną ulicą wszędzie jest ciemno. A może po prostu wybrałem złą drogę. Nie, jednak dobrą. Rozpoznaję zakład fryzjerski stojący obok hotelu. Pali się tam wciąż światło i ze środka dobiega głos Billie Holiday. “Blue moon you saw me standing alone”. Mijam pustą zaniedbaną recepcję, parking dla hotelowych gości, nowoczesny basen na wewnętrznym podwórku, drewniane skrzypiące schody na górę. Tu także miesza się wszystko. Drzwi otwieram plastikową kartą. Coś ociera się o moje nogi jak stęskniony kociak. To krawędź łóżka. Budzę się w totalnej ciemności i zdaje sobie sprawę z tego, że o czymś zapomniałem. Pierwsze drzwi po prawej to szafa, toaleta jest następna. Naciskam klamkę, wchodzę i zapalam po omacku światło. Zamiast białych kafelków widzę brązową farbą olejną, którą ktoś pomalował korytarz. Ten dźwięk to zatrzaskujące się za mną drzwi. Karta klucz została w środku. Moje ciało zwija się z bólu. Policyjna syrena. Zbiegam po schodach, mijając basen, siedzący na jego krawędzi księżyc zawinięty w biały ręcznik, parking. Pojemnik na śmieci umieszczony pomiędzy samochodami wydaje się najlepszym rozwiązaniem. Nie wiem, jak znalazłem się z powrotem w pokoju. Następnego dnia po śniadaniu zostawiamy w recepcji klucze. Recepcjonistka uśmiecha się szeroko, pamięta nasze imiona. Pyta, czy wszystko było w porządku. Na monitorze komputera stojącego na jej biurku widać podgląd z czterech kamer. Jedna z nich pokazuje to miejsce w garażu, w którym stoi śmietnik. Powietrze wciąż jest jak gumbo. Tak jak dzisiaj w Warszawie. Kierujemy się samochodem na zachód. To było dziesięć lat temu. A ja wciąż żałuję. Księżyc moczył sobie nogi w basenie, a ja nie przysiadłem się do niego nawet na sekundę.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Księżyc nad Bourbon Street.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl