z22572941V,Kino-Iluzjon

Królom należy się szacunek.

Piotrek gigant, Piotrek tyczka, Piotrek, oddaj mi szmato moje pieniądze. Szmatą był kulejący na prawą nogę sąsiad Piotrka i ja także byłem jego sąsiadem. Mijaliśmy się przez blisko piętnaście lat. Mieszkał w bloku naprzeciwko. Tak, w bloku, bo sypiał, o ile w ogóle to robił, w różnych mieszkaniach. Czasem wychodził z klatki pierwszej, niekiedy z ostatniej. Nocami słychać go było z balkonu w tej środkowej. Wypełniał sobą przestrzeń. Budził mnie w środku nocy. To jego przedrzeźniały o świcie sroki. I tylko one znajdowały w sobie odwagę, by to robić. Piotrek mocarz, Piotrek kamień. Nie zamieniłem z nim nigdy ani słowa, a wiedziałem o nim wszystko. No, prawie wszystko, bo tak jak każdy musiał mieć swoje tajemnice, o których nie wyli wieczorami pod oknem on i jego kamraci. „Zośka, Zośka, słyszysz? Otwórz!” „I chuj Ci w dupę, od jutra możesz mi się nie kłaniać” „Kurtkę Ci kurwo dałem i co mi z tego przyszło?”. „I więcej się tu gówniarzu nie pojawiaj, nie masz już ojca” „Piotrek, Piotrek, chodź już do domu! Leje i znów mi zamoczysz dywan”.

Nikogo nie słuchał. Dumny, niewzruszony, zacięty. Nawet, kiedy siedział na ławce w parku, to tak jakby stał. I otaczał go zawsze ten rodzaj ciszy, jaki pojawia się na cmentarzu, gdy ludzie przychodzą do kogoś w odwiedziny. On mówił mało i wszyscy siedzący obok również milczeli. Początkowo myślałem, że to wódka, że to przez nią, bo pili przecież non stop. Zawsze w tym samym miejscu. Od świtu do wieczora, chociaż dla nich doba nie miała początku i końca. Potem zdałem sobie jednak sprawę z tego, że nie mówią przez Piotrka. Piotrek święty, Piotrek szaleniec. Łatwo wpadał w gniew. Wystarczyło jakieś zdanie, dwa słowa, ba, niekiedy nawet jedno, by podniósł rękę z palcem wskazującym w niebo i zawył: „Noooo!”. Ani razu nie widziałem, żeby się bili. Jednak do aktów przemocy dochodzić musiało. Pewnie w ciemności. Tam, gdzie hieny biją się o padlinę. Rano ktoś miał podbite oko, ktoś inny masował sobie ramię. „I co mi kurwo zrobiłeś?” „Należało się i te trzydzieści złotych mi oddaj” „Noga mi cała spuchła, no, zabiję ją następnym razem”. Tylko Piotrek nigdy się nie skarżył. Zapatrzony gdzieś tam do środka. Zasłuchany w zdania, które kiedyś musiały w ten głaz go zamienić.

Piotrek park, Piotrek ulica. Zadziwiające było to, że codziennie rano był ogolony. Nawet koszule zmieniał. I koszule te były czyste. Może nie wyprasowane, nie najnowsze, ale zawsze schludne. Nie dało się go pomylić z nikim. Był bólem, trwaniem, ale miał w sobie godność. I siłę, której należał się szacunek. Podziwiałem go przez wszystkie te lata i wiedziałem, że dopóki jest, rzeczy będą po sobie następować we właściwym porządku. „Panie Piotrku nie mogę panu sprzedać” usłyszałem kiedyś w sklepie pomiędzy regałami. Wychyliłem się w stronę kasy. Coś musiało się wydarzyć. Piotrek nigdy do sklepu sam nie przychodził. Stał wyprostowany i patrzył na sklepową, jakby ją pierwszy raz widział. „A co ci te pieniądze śmierdzą?” „Nie, ale pan już nie może” „Tłumaczę ci że się pokłóciłem i nikt inny mi nie kupi” „To może jutro. Jutro pan przyjdzie”. Podniósł ręką do góry z palcem wskazującym w niebo i zawył „Jutroooo?” A potem zniknął. Na wiele tygodni, miesięcy.

Na jego ławce wszyscy zbierali się jak zwykle. Już nie milczeli. Rubasznym żartom, śmiechom nie było końca. „Ciiip ciiip, suko, karm te gołębie, nie tobie potem balkon łajnem zapieprzą”. Zaczepiali matki z dziećmi albo jakieś dziewczyny o paznokciach pomalowanych na pomarańczowo lub żółto. Nie te obce, swoje. Na ławce też po raz pierwszy zaczęli się pojawiać jakieś młokosy, dzieciaki, które bawiło plucie na asfalt. Ważne by trafić śliną w to samo miejsce. Piotrek nieobecny, Piotrek niepotrzebny. Spotkałem go ostatnio. A nie mieszkam już na tym podwórku od kilku lat. Siedział po drugiej stronie parku. Siedział jakby stał, ale był inny. Kilkudniowy zarost, ręka na temblaku, wymięta koszula. Jarał jednego szluga za drugim i nie patrzył w tamtą stronę, tam gdzie oni wciąż pokrzykiwali. Nic się nie zmieniło. Piotrek udawał, że tego nie widzi, chociaż kiwał nieustannie głową i coś tam do siebie mówił. Z kim się pokłócił i o co poszło? Po tylu latach Piotrek cesarz, Piotrek samiec Alfa stracił swoje włości i szacunek poddanych. Po raz pierwszy w życiu miałem ochotę by do niego podejść i go o to zapytać, ale do króla nie podchodzi się przecież tak po prostu. Królowi należy się szacunek.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Królom należy się szacunek.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl