lee

Kocham Cię chłopcze, ale to nie mróz Cię zabije

Grał tam wielokrotnie, zawsze przy przepełnionej sali. Budził zachwyt całej śmietanki nowojorskiego jazzu. Co wieczór po koncercie siadał z przyjaciółmi i skarżył się na to, że biali kradną im muzykę, że nie płacą godnych stawek za koncerty, że przywieżli heroinę do Harlemu. Jeśli uważnie posłucha sie jego nagrań, słychać w nich smutek. Poznał ją dzięki jednemu z kumpli. Byli pijani, na haju, bez grosza przy duszy. Tamtego wieczoru zastawił akurat płaszcz w lombardzie, bo potrzebował kupić kolejną działkę. Kiedy go zobaczyła powiedziała: „Chłopcze, ten mróz Cię kiedyś zabije, musimy odzyskać Twoje ubranie”. Pomogła mu odzyskać, płaszcz, trąbkę, kupiła nowe buty. Zmusiła, by poszedł na rehab. „Nikt Cię więcej nie zatrudni, jeśli po raz kolejny zawalisz”. Pilnowała, by grał tam, gdzie obiecał. Przez ponad pięć lat, była jego matką, kochanką i księgowym. Za każdym razem, gdy ktoś dzwonił, by zaproponowac mu koncert, czy wspólną sesję, Lee oddawał jej słuchawkę. I wiedział, że może jej ufać, Zastrzeliła go w klubie, który lubili najbardziej. Mówią, że w afekcie. A jednak przyniosła ze sobą rewolwer. Ten sam, który jej podarował wiele miesięcy wcześniej mówiąc. „Dziecino to Harlem! Musisz być bezpieczna”. Gdyby nie bywali tam tak czesto prawdopodobnie ochroniarz by ją przeszukał. „Kocham Cię chłopcze, ale to nie mróz Cię zabije”. Podobno, kiedy leżał w kałuży krwi na podłodze, zdążyła go przeprosić. To rzeczywiście nie była jej wina. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy ich znali. Chociaż nikt nie chce zdradzić, jak miała na imię ta druga dziewczyna.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Kocham Cię chłopcze, ale to nie mróz Cię zabije' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl