Kiedy ostatnio przydarzył Wam się muzyczny orgazm? Ale taki, po którym otworzyło się niebo, taki zapierający dech i pożerający świadomość?

Jeśli chcesz założyć kapelę, która przejdzie do historii rocka, musisz pamietać o kilku rzeczach. Po pierwsze ubieraj się w ciuchy, które twoja siostra porzuciła parę lat temu na strychu. Korzystaj także z jej biżuterii i kosmetyków. Dziewczyny to lubią. Po drugie zapuść włosy. Wykorzystaj oba znaczenia tego słowa. Włosy każdego liczącego się rockmana muszą być długie i zapuszczone. Po trzecie wbij sobie do głowy to, co powiedział 4 marca 1966 roku John Lennon. „Jesteśmy popularniejsi od Jesusa”? Dobre sobie! Ty będziesz popularniejszy niż Iphone. Po czwarte, zanim podpiszesz kontrakt płytowy, wyjdź kilkakrotnie z kliniki rehabilitacyjnej. Możesz tam pójść do kogoś w odwiedziny albo jako woluntariusz, ale zaczepiony przez dziennikarza przy wyjściu, pozwól mu fantazjować. Po piąte wcale nie musisz grać na gitarze, klawiszach czy perkusji. Musisz tylko pamiętać, że jesteś indie. Nie to nie ten koleś w kapeluszu z pejczem, ale cieszy się równie dużą popularnością wśród studentek.

Przepraszam nie mogłem się powstrzymać. Jestem jednak ostatnio tak rozczarowany tym, co dzieje się na współczesnej scenie rockowej, że musiałem, bo przecież się staram. Staram jak diabli, szperam, przekopuje Internet, chwytam każdy singiel, który daje choćby cień nadziei na to, że po grze wstępnej dalej będzie miło. I zazwyczaj po kolejnym wzbudzającym jęk rozkoszy wśród studentek numerze odwracam się na bok niezaspokojony. Znudzony zasypiam. No proszę, powiedzcie sami, kiedy ostatnio przydarzył Wam się muzyczny orgazm? Ale taki, po którym otworzyło się niebo, taki zapierający dech i pożerający świadomość? Po wysłuchaniu, której nowej płyty mieliście ochotę opaść ze szczęścia na poduszki i zapalić papierosa? Ok, zdarzają się chwile uniesienia. Czasem chadzam do łóżka z Justinem Vernonem czy Willem Oldhamem, ale to przecież folk. Miękki i delikatny jak puszek nad wargami pewnej dziewczyny z ósmej a, których smaku nigdy nie poznałem. A ja pytam o wielka namiętność!? Dojrzałą, pewną siebie, niezapomnianą.

Dlaczego musimy, jeśli chcemy coś takiego przeżyć, sięgać po albumy sprzed lat czterdziestu? Lata siedemdziesiąte, kraina marzeń. Jaki anioł wygnał z niej muzyków? Za jakie grzechy?

No właśnie, skoro już o grzechach mówimy. Znalazłem niedawno na półce mojego ulubionego sklepu muzycznego album pewnej, oczywiście z tamtej epoki, kapeli nazywającej się nie inaczej tylko… Sex. Posiadłem ją bez wahania, chociaż na okładce miała trzech półnagich facetów buszujących w zbożu. Płyta ta zawierała dwa nagrane przez tą, jak się później dowiedziałem, kanadyjską, formację albumy. „Sex” i „The end of my life”. Musiałem ją mieć. Chciałem sprawdzić, co chłopców podkusiło, by wybrać to akurat słowo na swój znak firmowy i czy spełnią daną w ten sposób obietnicę. Dodatkowo przypomniałem sobie nieśmiertelny tekst Woody’ego Allena: „Seks i śmierć to dwie rzeczy, które przytrafiają się człowiekowi raz, tyle że po śmierci nie miewa się mdłości”. Zabrałem ją do domu, położyłem nagą na talerzu odtwarzacza i … po ponad siedemdziesięciu minutach, o tak, zapaliłem papierosa.

„Fajnie było, co?” „Mmmmm” „Przepraszam, ale nie usłyszałam” „Mmmmm” „Acha, czyli fajnie!!!”  Tak, nie da się ukryć, że Sex, to przyjemność, którą trudno wyrazić, ale z obowiązku, który sam sobie przecież włożyłem na barki, nieudolnie jak nastolatek na pierwszej randce, spróbuję ją przynajmniej przybliżyć!

Tak jak napisałem wcześniej na płytę, która zaspokoiła wszystkie moje żądze, składają się dwa albumy. Potężny niczym ryk burzy blues rockowy „Sex” i bardziej progresywny, ale równie namiętny i pełen emocji „The end of my life” . I tu uwaga, bo rzecz to dla tamtej epoki znamienna podczas nagrywania pierwszego albumu czyli w 1971 r. grupę tworzyło zaledwie trzech muzyków: Robert Trepanier (bass i wokal), Yves Rousseau (gitara prowadząca i akustyczna) i Serge Gratton (instrumenty perkusyjne), a na kolejnym, nagranym niejako z rozpędu bo rok później, do trzech przyjaciół dołączył tylko jeden muzyk Pierre „Pedro” Oulette i wzbogacił ich i tak już nieziemskie wprost granie partiami saksofonu i fletu.

O historii grupy wiadomo niewiele, label, który wydał ich na kompakcie, nie załączył niestety żadnych informacji w książeczce. To także znamienne dla tamtych czasów. Kapele pojawiały się wtedy i znikały równie często jak film pośród reklam na Polsacie, ale nagrywały albumy, które im zapewniały nieśmiertelność, a nam doznania cóż, idżmy za ciosem, niemal erotyczne. Zresztą dość się nagadałem. Posłuchajmy, oto pięć wybranych numerów pochodzących z sesji zawierającej mój najlepszy sex ostatnich tygodni. Przygotujcie papierosy, nawet jeśli nigdy nie paliliście.

Sex – Scratch My Back

Sex – Not Yet

Sex – I Had To Rape Her

Sex – Born To Love

Sex – I’m Starting My Life Today

Na koniec drobna, ale konieczna uwaga. Wszystkie prawa autorskie należą do zespołu i wytwórni, nie zamierzam czerpać z ich publikacji zysków, a prezentuję je tylko po to, byście, o ile przypadną wam do gustu, kupili tą płytę. Empetrójki są OK, ale mają sie tak do prawdziwego seksu, jak oglądanie nagich fotek w Internecie do niezpomnianej randki z prawdziwą dziewczyną. Od empetrójki nigdy nie usłyszycie: „To, co wejdziesz na górę?. Mam świetną herbatę.” Warto o tym pamiętać.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Kiedy ostatnio przydarzył Wam się muzyczny orgazm? Ale taki, po którym otworzyło się niebo, taki zapierający dech i pożerający świadomość?' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl