eliz

Jamie Reed. Jemioła, agrafki i pistolety (część 1)

Zaszył usta królowej Elżbiety. Agrafką. Bardzo niewielką, ale mówiło się o tym wiele. Jego dadaistyczne kolaże zainspirowały tysiące nastolatków. Można w nim widzieć ojca chrzestnego amatorskich fanzinów i całej tej zabawy w Zrób To Sam czyli DIY. Nie traktuje ruchu punkowskiego jako czegoś szczególnego. To tylko cześć dużo większej rebelii, do której przywódców na pewno należy.

Pod chodnikami – plaża

Jamie McGregor Reid urodził się i wychował na przedmieściach Londynu, w Shirley, niedaleko Croydon. Nie był londyńczykiem z krwi i kości. Jego ojciec przyjechał tu z Inverness, w Szkocji. Reid do dzisiaj wierzy, że to bezpośrednio stamtąd bierze się jego potrzeba duchowej przemiany. Jego dziadek był druidem i marzył o powrocie do Natury. Mama utwierdzała synów w przekonaniu, że wróżki i elfy istnieją naprawdę. Pierwiastek celtycki odgrywał w ich domu niebywałą rolę. Może dlatego artysta do dzisiaj tak wiele czasu poświęca walce o środowisko naturalne. Bierze udział w obrządkach druidycznych. Oszczędzaj ropę. Spal wszystkie samochody.

Jego ojciec był redaktorem lokalnej gazety. Zdarzało mu się opisywać wydarzenia kulturalne w dzielnicy, ale tu kończyły się jego koneksje ze światem sztuki. Nie planował więc dla syna kariery artystycznej. Brat Jamie’go miał bardzo radykalne poglądy polityczne. Na początku lat sześćdziesiątych, przed Beatlesami, czy wydarzeniami marca 68, uwagę Brytyjczyków zaprzątała Apokalipsa. Aktywiści z CND, Kampanii Na Rzecz Rozbrojenia Nuklearnego robili wszystko, by pokazać całemu społeczeństwu, że może do niej dojść. I to niebawem. Aby skutecznie zarządzać demonstracjami, członkowie CND powołali Komitet 100. Terry był jednym z tej setki.

Druidzi i lewicujący radykałowie. Jemioła i transparent na drewnianej tyczce. Ciekawe połączenie. A jednak Jamie nie planował zostać przywódcą duchowym czy charyzmatycznym politykiem. Jak każdy mały chłopiec, wychowany gdzieś na przedmieściach, chciał zostać piłkarzem. W latach pięćdziesiątych wyrwać się z objęć ulicy pachnącej maglem i smażoną cebuli nie było łatwo. Ten schemat powtarza się w większości biografii tych, którym się udało. Trzeba było zostać sportowcem albo artystą. Innej drogi nie było. Dlaczego śniącego o koszulce George’a Besta nastolatka skusiła romantyczna wizja malarstwa?

Nigdy nie pracuj

Był niezdecydowany do ostatniej chwili. Fascynowały go tricki angielskich napastników, ale w osiemdziesiątej ósmej minucie na boisku pojawił się Jackson Pollock. I rozłożył na polu karnym swoje płótna. Jemioła i transparent. Próba pogodzenia takich przeciwieństw wymaga myślenia abstrakcyjnego. Jamie w Pollocku odnalazł bratnią duszę. Za malarstwem przemówił jeszcze i ten fakt, że na uczelni w Croydon nie wymagano żadnych kwalifikacji. Dostać się na nią było łatwo. I trafiło tam wielu outsiderów. O tym, że po jej ukończeniu nie dostanie się żadnych zaświadczeń, a więc i szansy na zatrudnienie Reed nie myślał.

„Uczelnia w Craydon reprezentowała wszystko to, czego nie chciałem w życiu, zbiór przyzwyczajeń, od których chciałem uciec”. Tak wspomina krótki pobyt w jej murach David Bowie. Nie zagrzał tam miejsca, chociaż ta dzielnica prześladowała go do roku 1985. W tutejszym szpitalu psychiatrycznym próbowano leczyć Terry’ego Burnsa przyrodniego brata muzyka. Burns cierpiał na schizofrenię, a szpital Cane Hill był jedynym azylem w okolicy, który zdecydował się go przyjąć. Na amerykańskiej wersji albumu „The Man Who Sold The World” możemy zobaczyć fasadę tego szpitala.

Wracajmy jednak do samej uczelni. Oprócz Bowie’go uczęszczało do niej jeszcze dwóch popularnych muzyków rockowych. Byli to Ray Davies, frontman The Kinks i niejaki Robin Scott, znany w latach siedemdziesiątych jako „M”. Scott nie miał nic wspólnego z Jamesem Bondem, ale on Jamie i pewien charyzmatyczny rudzielec stanowili zgrany zespół. Czasy były ciekawe. W lutym 1964 The Beatles zdobywając taflę lotniska im. Johna F. Kennedy’ego w Nowym Jorku rozpoczynają inwazję na Amerykę. Rok później Mick Jagger z przyjaciółmi ogłaszają światu, że nie mogą osiągnąć prawdziwej satysfakcji. Kolorowa telewizja zyskuje na popularności, a widzowie na obu półkulach są oszołomieni relacjami z wojny w Wietnamie.

Wyobraźnia zagarnia władzę

W roku 1967 w księgarniach pojawia się pewna książka. Pisze ją Guy Debord. Pisarz, strateg, alkoholik. Diagnoza, jaką wystawia w niej współczesności budzi zgrozę. Według jej autora żyjemy w osamotnieniu, wyalienowani przez technologię i rozwój wielkich metropolii. Bez własnych pragnień, bez wspomnień, bez możliwości dialogu. Nasze przeżycia, potrzeba ekspresji, poszukiwanie autentycznych doświadczeń zostało zastąpione przez konsumpcję. Debord tworzy termin, który zainspiruje wielu aktywistów. Społeczeństwo spektaklu.

Rewolucjoniści uznali to dzieło za książkę przełomową, równie ważną jak „Kapitał” Marksa. A od takich książek zapalają się pochodnie. Powiedzieć, że rewolta, jaka ogarnęła Europę w marcu 1968 była bezpośrednim skutkiem książki Deborda? Byłoby to nadużycie. Ale to on założył dwie Międzynarodówki. Dla nas ważniejsza jest ta druga Sytuacjonistyczna. Jej członkowie występowali nie tylko przeciwko kapitalizmowi, ale wobec każdego sytemu, który narzuca nam z góry przyjęte wartości. I to tam nabrał wagi termin, który zmienił sposób patrzenia młodego Reeda na sztukę. Detournement.

„Przechwytywanie to przeciwieństwo cytowania, powoływania się na teoretyczny autorytet, który ulega nieuchronnie zafałszowaniu z chwilą, gdy przekształca się w cytat: fragment wyrwany z kontekstu, unieruchomiony, oddzielony od swej epoki – globalnego układu odniesienia – i od konkretnego stanowiska, trafnego lub błędnego, jakie zajmował względem tego odniesienia. Tak o zjawisku tym mówi sam Debord.

Reed nie tylko podchwycił pomysł przechwytywania istniejących elementów kultury, po to by stworzyć nową jakość. Założył drukarnię The Suburban Press, która koncepcje SI czyli Międzynarodówki Sytuacjonistycznej wcielała w życie. To tu powstały legendarne już dzisiaj i zaprojektowane przez Reeda ulotki, wlepki i plakaty. Te bardziej uniwersalne ze słowem „Lies”, które można było prostu rozrzucić podczas politycznych debat. Te zapraszające do sklepów wszystkich kieszonkowców i drobnych złodziei. I te wreszcie, które zapowiadały upadek wszystkich świątyń konsumpcji, salonów, butików i centrów handlowych

Wiele z wyprodukowanych przez SP materiałów wyglądało jak listy z żądaniem okupu. Reed nawiązywał do haseł dadaizmu. Ich członkowie w poczuciu rozpadu cywilizacji negowali powszechnie przyjęte normy i środki wyrazu. Posługiwali się kolażem. Używali grafik stworzonych przez kogoś innego jako punktu wyjścia dla swoich prac. Nie stronili od sztuki wysokiej, ale jej dzieła wpisywali w nowy kontekst. Duchamp zachęcał na przykład, by obrazów Rembrandta używać jako deski do prasowania i odwrotnie z przedmiotów codziennego użytku, ot, pisuaru, tworzyć dzieła sztuki.

c.d.n.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Jamie Reed. Jemioła, agrafki i pistolety (część 1)' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl