indian

„Hough”, czyli „O rany, czy ja to naprawdę powiedziałem?”

Kiedy byłem mały, lubiłem dwa typy książek. Te, które od kogoś dostałem. A nie było ich wiele. I te, których w szkolnej bibliotece było mnóstwo, czyli o Indianach. Dlaczego akurat o nich? Bo Indianie to była zupełnie inna para mokasynów.

Moi Apacze, Irokezi czy Dakoci, w przeciwieństwie do kamieni i gałęzi, z którymi się przyjaźniłem, bardzo często prowadzili rozmowy. A to z bizonem, czy jeleniem, którego akurat planowali zabić, a to z Bogiem, na którego nigdy, tak jak my Blade Twarze, nie podnieśliby ręki, a to ze zmarłym wujkiem, czy dziadkiem. I w tym wypadku nigdy nie czekali do pierwszego listopada.

Moi Indianie mówili dużo i śmiesznie. I chyba sami zdawali sobie z tego sprawę, bo każdą wypowiedź zazwyczaj kończyli słynnym „Hough”, co zawsze sobie tłumaczyłem jako „O rany, czy ja to naprawdę powiedziałem?”.

Uwielbiałem, gdy Siedzący Byk mówił o sobie „on” a nie „ja” i gdy Śnieżna Strzała nazywała go Wodzem, a nie tatą. Z wypiekami na twarzy czytałem o piórach przyznawanych za odwagę i symbolicznych nacięciach na tomahawku. Trudno mi było uwierzyć w to, że my Biali, chcąc pochwalić się jakimś wyczynem, musieliśmy zbudować Spitfire’a i namalować na nim swastykę.

U Indian wszystko było prostsze. Ja, żeby przejść z klasy do klasy, musiałem nabiegać się po mieście, żeby kupić czerwone goździki przybrane czymś, co zawsze przypominało mi koperek, a im wystarczyło dorwać jakiegoś niedźwiedzia i obedrzeć go ze skóry. Oczywiście w chwili, gdy nie patrzył.

Nauczyłem się od nich tak wiele. Przykłady? Bardzo proszę. Jeżdząc na rowerze, zawsze trzeba pojechać na łąkę, by rower mógł spokojnie pochrupać sobie trawę. Aby zdobyć względy jakiejś dziewczyny z warkoczykami, należy podarować jej czapkę z lisa wykradzioną z szafy mamy. Wracając po lekcjach ze szkoły warto iść pod wiatr, jeśli nie chce się spotkać sześcioletnich osiłków czyhających na i tak już skromne kieszonkowe.

I tylko jednej umiejętności nigdy nie potrafiłem zdobyć. No bo sami powiedzcie, jak? Jak ktoś tropiący grupę jankesów, którzy wtargnęli na jego terytorium, patrząc jedynie na złamane źdźbło trawy, potrafił orzec, że było to pięciu mężczyzn, dwie kobiety, z których jedna była w ciąży i pies?

Mówicie, że to łatwe? Ok tyle, że moi Indianie na podstawie tego źdźbła potrafili opisać bezbłędnie, z kim ta białogłowa była w ciąży, w którym miesiącu i że bez żadnej wątpliwości urodzi piękne bliźniaki. Acha, oni na podstawie tego źdźbła orzekali też bezbłędnie imię psa. Puszek, prawda? Puszek, bo uwielbiał wyżerać mielonkę z metalowych konserw.

Hough!



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'„Hough”, czyli „O rany, czy ja to naprawdę powiedziałem?”' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl