Dziekuje ci Davidzie Attenborough

Dziękuję Ci bardzo, Dawidzie Attenborough.

Filmy przyrodnicze. Kto ich nie lubi. Szczególnie dzisiaj, gdy realizatorzy mając do dypozycji drona, mogą pokazać na jednym ujęciu kilka milionów karibu na arktycznych pastwiskach i nikt przy tym nie zmarznie. Mało tego, ten sam dron podąży za stadem tych ssaków zajmującym powierzchnię województwa podlaskiego, gdy wygłodzone zdecydują się ruszyć na południe “Chodź kochanie zjedliśmy tu już wszystko, a Staszek z Marysią już poszli. Zabierz proszę futro, dzieciaki i biegniemy. Dziś jest sobota, może jakaś Biedronka będzie tam jeszcze otwarta”.

Przygody Staszka i Marysi możemy oglądać z każdej dostępnej perspektywy. W przyśpieszonym i zwolnionym tempie. Od góry i od dołu. Technologia powstawania obrazów zmieniła się niezmiernie od czasów, gdy człowiek po raz pierwszy namalował renifera w jaskini. A to przecież był jeden z pierwszych filmów przyrodniczych. Realizatorom to jednak dzisiaj nie wystarcza. Nie cieszy ich to, że nie muszą już używać ochry. Nie chcą nam jedynie pokazać wszystkich tych lemingów, gronostajów, pardwy górskiej czy brzozy karłowatej. Chcą nas dodatkowo zmusić do płaczu.

Wystarczy bowiem, że jakieś młode karibu, Rudolf, czy inny gnojek o zaczerwienionym od mrozu nosie, oddali się od stada, a orkiestra od razu zaczyna grać odpowiedni fragment “Piotrusia i Wilka” i na horyzoncie pojawia się dzika horda. I nie jest to na pewno banda Piotrusiów. Kwartet skrzypcowy, waltornia, waltornia i skrzypki. Płakać zaczynamy, zanim jeszcze wilki ustalą strategię działania, bo przewidujemy, co za chwilę się stanie. Widzimy latorośl Staszka i Marysi, słyszymy Prokofiewa. W krzyżówkach w miejsce hasła “poluje na karibu” wpisujemy “traper”, ale wiemy, że realizatorzy filmów przyrodniczych krzyżówek nie rozwiązują. Młode nie ma żadnych szans, bo wilki to dranie. I już mamy biec do szafy naszej córki, by wyrzucić z niej, na wszelki wypadek, wszystkie czerwone sukienki, pelerynki czy bluzy z kapturem, gdy nieoczekiwanie melodia się zmienia.

Tym razem słyszymy partię fletu z “Pietruszki” Strawinskiego, a w kadrze pojawia się trójka małych wilcząt. Głodnych i bezbronnych. I na pewno jedno z nich ma na imię tak, jak tamta dobrze nam znana kukiełka z wędrownej trupy teatralnej. Matka zanosi do ich legowiska upolowaną zdobycz. Radość, bo ktoś tu ma wilczy apetyt. Słyszymy, że szczeniaki nie nauczę się polować samodzielnie, dopóki nie wypadną im wszystkie mleczaki. I już nie myślimy o Czerwonym Kapturku, Babci i Złym Wilku, a o Wróżce Zębuszce. Przypominamy sobie pierwszą jedynkę, którą nasza pociecha włożyła pod poduszkę. Biedny Pietruszka biedne maluchy. Są przecież równie słodkie jak ona.

Niestety. Rosyjskich kompozytorów było wielu. Wraz z pierwszymi taktami “Szecherezady’ Nikołaja Rimskiego-Korsakowa nad legowiskiem wilczej rodziny pojawia się cień. Nie rzuca go dron. Nie jest to także widmo komunizmu. To coś równie przerażającego. Orzeł. Matki w wilczej norze już nie ma, bo znów pobiegła za kumplami Staszka i Marysi. Drapieżnik to zobaczył, więc atakuje. Thriller, suspens, Brianie de Palma, ucz sie od najlepszych. Już tylko trzy z czterech wilcząt mają szansę na to, by w przyszłości nauczyć sie przynosić patyk. A my płaczemy znowu. Co za ptaszysko! Monstrum. Jak ci, sympatyczni skądinąd, siatkarze mogą nosić na koszulkach jego wizerunek?

Co będzie dalej? Łatwo sie domyślić. Za chwilę okaże się, że i orzeł nie porwał szczeniaka dla sportu. W kadrze pojawia się kolejne gniazdo, a w nim małe orły, które właśnie wykluły się z jaja. Do najładniejszych nie należą, ale ich także robi nam się szkoda. Kolejna chusteczka ląduje przy łóżku. Znów będzie trzeba żonie skłamać, że złapała nas alergia, albo zwalimy winę na córkę. Powiemy, że rozlała wodę, gdy malowała farbami niedźwiadki polarne, wtulone w matkę, pogrążone w zimowym śnie. Albo lepiej, małe foki pływające sobie z matką, gdy niedźwiedzie akurat spały.

A to przecież dopiero pierwszy odcinek serialu. Jeszcze nie raz usłyszymy odpowiednio dobrany fragment Czajkowskiego czy Rachmaninowa. Doprawdy, trudno przypomnieć sobie film przyrodniczy, w którym zabrzmiałby Miles Davis albo choćby The Animals. Jeszcze wielokrotnie David Attenborough powie kwestię, która wzruszy nas bardziej, niż ostatnie słowa Ingrid Bergman w “Casablance”. Tundra, Wielkie Równiny, pustynie, Gobi Sahara, a nawet Ocean Spokojny. Wszędzie, w każdej minucie, dzieje się tam to samo. Filmy przyrodnicze. Kto ich, cholera, nie lubi,



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Dziękuję Ci bardzo, Dawidzie Attenborough.' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl