Screen Shot 2017-06-28 at 22.49.09

Dokąd dziś płynie muzyka?

Czy pamiętają państwo harlequiny? Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych czytała je cała Polska. Krytycy i recenzenci bili wtedy na alarm. Mówili o upadku literatury, o brakach warsztatowych autorów, o masowej produkcji, której jedynym celem był szybki zysk. Co się stanie – pytano wówczas – z dziełami wartościowymi, z autorami godnymi tego miana. Jaka przyszłość czeka Dostojewskiego, Kafkę i Słowackiego? Kto przeczyta wiersze polskiego poety z Grudziądza? Krytycy i recenzenci nie rozumieli wówczas jednego. Dzięki harlequinom w tamtych czasach, wielu ludzi sięgnęło w ogóle po książkę.

Romanse i skandale zmieniły tysiące wtórnych analfabetów w regularnych czytelników. A literatura wbrew apokaliptycznym przepowiedniom ocalała i, z tego, co mi wiadomo, wciąż ma się dobrze.

To może zaskakujące zaczynać tekst poświęcony muzyce i serwisom streamingowym od przypomnienia serii książek. I to niecieszących się najlepszą opinią. Bo co ma jedno z drugim wspólnego? Otóż ma. Harlequiny, jak pewnie państwo pamiętają, można było w tamtym okresie znaleźć wszędzie. Podobnie jak muzykę dzisiaj. Treści w nich było niewiele. Analogicznie do dzisiejszej muzyki. I nie mam tu na myśli tego, że nie nagrywa się obecnie dzieł wybitnych. Te oczywiście powstają, ale słuchamy ich zazwy-
czaj na sprzęcie, od którego nie wymagamy pełnego spectrum możliwości. Słuchawki podłączone do telefonu, głośniki laptopa nie zagwarantują nam pełnej skali zaplanowanej przez muzyków. Ale przecież słuchamy. I to legalnie.

Większość odbiorców muzyki zrozumiała już chyba, że lepiej mieć konto w serwisie streamingowym, niż ślęczeć po nocach, ściągając pirackie empetrójki.

No dobrze, piraci wciąż są i będą, ale coś się zmieniło. Odbiorcy sięgnęli po legalnie zakupione albumy. Muzyka wróciła do pierwszego obiegu.

Skąd więc, proszę mi powiedzieć, biorą się te wszystkie artykuły, które wieszczą jej upadek? Bo ukazało się ich wiele w ostatnich tygodniach. Dlaczego nagle o tę apokalipsę czy katastrofę obwinia się serwisy streamingowe właśnie? I co – pytanie być może najważniejsze– robi we wszystkich tych tekstach imię Adele. Czy zwrócili państwo na to uwagę? W każdej notce informującej o rekordowej sprzedaży najnowszej płyty tej gwiazdy możemy przeczytać: „Uwaga, album ten będzie niedostępny na Spotify!

Spotify okrada artystów i piosenkarka pragnie w ten sposób zaprotestować przeciwko takim praktykom”. Protest to niepozowany czy działanie promocyjne, perfekcyjnie zresztą przemyślane? Skoro artystka rzeczywiście uważa, że szwedzki serwis muzyczny postępuje nieuczciwie, to dlaczego pozostawiła w nim dwie swoje poprzednie płyty i singiel promujący album najnowszy? Artyście każdej rangi wypada poruszyć kwestie praw autorskich i tantiem płynących ze sprzedaży piosenek. Muzycy powinni mieć wysokie gaże i czerpać zyski ze swojej twórczości. Kiedy jednak zaczyna się o tym mówić w kontekście premiery nowej płyty, brzmi to podejrzanie. Walczymy bowiem o zasady czy swój partykularny interes? Mówimy o branży czy o swoim portfelu? To rozróżnienie jest chyba istotne.

Serwisy streamingowe zmieniły sposób myślenia o muzyce. Wprowadziły inne sposoby rozliczania z artystami. Czy uczciwe? Na pewno budzące wiele kontrowersji, a przede wszystkim mało przejrzyste. Dlaczego? Media i dziennikarze powtarzają jak mantrę jedno zdanie: „Za pojedyncze odsłuchanie utworu serwis streamingowy płaci artyście 0,005 dolara”. To prawda. Należy jednak pamiętać o tym, że Spotify i inne platformy tego typu wypłacają należne tantiemy posiadaczom praw autorskich, a nie artystom. A to nie zawsze to samo. Prawa bardzo często należą do wytwórni.

Jeśli więc za pojedyncze odtworzenie utworu wytwórnia dostanie 0,005 dol., to odda z tego autorowi kilka procent, bo tak jest zazwyczaj zapisane w kontraktach. Pozostałą część zachowa dla siebie. Czy w artykułach zapowiadających premierę najnowszej płyty Adele poruszono tą kwestię? A to jedynie pierwsze z pytań, które ktoś uczciwie opisujący fenomen serwisów streamingowych powinien był zadać. Kolejne mogłoby dotyczyć opłacalności sprzedaży płyt czy pojedynczych utworów jako takich. Od jak dawna bowiem nie przynoszą one zysku muzykom? Nawet członkowie Led Zeppelin zarabiali pieniądze jedynie podczas tras koncertowych. A grupa ta przez wielu, w tym przez autora tych słów, jest uznawana za fenomen nie do prześcignięcia.

W co więc gramy, narzekając na serwisy streamingowe? Komu powiększamy zyski?

Jeśli w streamingu odbiorcy dostrzegą zło, to wrócą do nielegalnych dystrybutorów, do serwisów pirackich. Nie psujmy tego, co udało się już zrobić tylko dlatego, że pojawił się poczytny temat: artysta versus system. Spotify i inne platformy tego typu nie są systemem. Są forpocztą nieuchronnych zmian, jakie zachodzą i będą kontynuowane w branży muzycznej. A ze zmianami walczą tylko ci, którym dotychczasowa sytuacja sprzyjała. Czy są to artyści? Muzycy? Czy kontrakty z wytwórniami i sprzedaż płyt przez duże sieci sklepowe przynoszą muzykom zyski? Branża muzyczna przechodzi kolejną, i to w ciągu ostatnich lat, rewolucję. Oddolną, wprowadzoną przez odbiorców i internautów. Pamiętają państwo, jak zdecydowanie w roku 2007 Steve Jobs zapewniał, że nigdy nie stworzy serwisu streamingowego, bo ludzie nie chcą muzyki czy filmów wypożyczać, ludzie chcą je mieć? Nie miał racji, chociaż pod koniec ubiegłej dekady iTunes rzeczywiście kontrolował 85 proc. rynku cyfrowej muzyki. Nie przewidział, że szerokopasmowe łącza internetowe i technologia Wi-Fi zmienią nasze podejście do własności. Dziś nie muszę muzyki posiadać, wystarczy, że – jak harlequina – mam ją zawsze pod ręką.

Czy pokładanie nadziei w streamingu, a więc w czymś wirtualnym, nie mającym podstaw w fizycznych nośnikach, nie niesie ze sobą żadnych zagrożeń? Cóż, jest to pytanie, które zadają sobie pewnie wszyscy obserwujący uważnie, dokąd prowadzi nas rozwój technologii. Bo co się stanie, jeśli Internetu zabraknie? Czy będzie wtedy tak jak w książce Raya Bradbury’ego „451 stopni Fahrenheita” napisanej w 1953 roku? Pamiętacie Państwo? Przedstawiała ona świat, w którym została zakazana jakakolwiek literatura.
Nie wolno było czytać książek ani ich posiadać. Bezwyjątkowo. A te książki, które ocalały, palono na stosie. I oto pojawiło się kilku zapaleńców, którzy nauczyli się największych dzieł literatury na pamięć. Był więc pan „Wojna i pokój”, był „Ulisses”, była pani „Czarodziejska Góra”. Na zawołanie cytowali oni wybrane fragmenty swoich powieści, bo te zapisane, istniejące w formie woluminów, zostały spalone.

Dostrzegamy tu pewną analogię, prawda? Nie ma już płyt kompaktowych, a winyle są nie do końca potwierdzoną modą. I chociaż nie musimy utworów muzycznych uczyć się na pamieć, bo zawsze mamy twardy dysk czy pamięć telefonu, na których możemy je zapisać, to istnieją one dla nas wirtualnie. W Internecie. I chyba musimy się z tym pogodzić, ale jednocześnie ratować, co się da.

Nie pozwólmy, by nieprzemyślane do końca i oddane w służbę marketingu opinie psuły próby stworzenia nowych reguł rządzących tym wirtualnym światem. Streaming jest alternatywą. Dla treści muzycznych rozprowadzanych nielegalnie, dla dystrybucji poza prawem.

W to, że właściciele tych serwisów wreszcie docenią artystów i twórców oraz zaproponują im formułę jasnych oraz zyskownych rozliczeń, wierzę niezbicie. Przecież bez tego najzwyczajniej w świecie serwisy streamingowe nie przetrwają.


Tagi: , ,


Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Dokąd dziś płynie muzyka?' masz 2 komentarzy

  1. 11 lipca 2017 @ 9:06 pm 2can

    Za dużo wątków 🙂 a temat rozległy i do szczegółowej dyskusji. Uważam, że nie ma innej drogi. Muzyczne serwisy streamingowe będą się rozwijać o ile zaczną ze sobą współpracować. A muzycy… cóż, zawsze będą narzekać. Niech kupią od czasu do czasu jakąś płytę „konkurencji” to może nie będą wydawać tyle chłamu…

    Reply

    • 12 lipca 2017 @ 6:47 am Misiek

      Mariusz każdy narzeka na brak kasy, ale serwisy streamingowe artystom jej nie wypłacają, a czerpią z ich utworów zyski. Ale tak, jak napisałeś, to temat do szczegółowej dyskusji, którą częściowo już gdzie indziej odbyliśmy 🙂

      Reply


Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl