Dlaczego nikt nigdy nie napisał trzeciej części Biblii?

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, dlaczego nikt nigdy, choć minęło kilka tysięcy lat nie napisał trzeciej części Biblii? Był przecież „Testament 1” była bardzo dobra „Dwójka”, mało tego kończyła się ona w wymarzony dla twórców sequeli sposób, bo główny bohater pod jej koniec zmartwychwstał. Aż się prosi, by dopisać ciąg dalszy, prawda?
A jednak pomimo niezwykłej atrakcyjności tego pomysłu – kontynuacja bestsellerów zawsze znajdzie odbiorców – zapadła zgodnie cisza. I to na wieki wieków.
Na pewno jej przyczyna nie tkwi w tym, że autorzy pomarli, bo nie dalej jak wczoraj widziałem w wiadomościach człowieka, który bez żadnej wątpliwości posiada prawa autorskie do serii, choć urodził się w Bueonos Aires a nie na Bliskim Wschodzie. Nie wierzę też w to, że nie udało się znaleźć dwóch czy trzech ciekawych wątków, bo z tego co pamiętam, było ich co najmniej jedenaście. Dwunasty został niejako zawieszony pod koniec części drugiej.
A więc dlaczego? Czy to przez Sokratesa, który powiedział kiedyś, że każda historia ma swój początek, środek i zakończenie, ale o ciągu dalszym nie wspomniał słowa? „Antygona 2 – Gniew Ismeny”? Wolne żarty!
Skoro więc tak, skoro taką opowieść pozostawiło się w spokoju, to niech mi ktoś powie, dlaczego ostatnia dekada upłynęło nam pod znakiem tak wielu sequeli? A ściślej mówiąc dlaczego wszystkie one powodują ból zębów i migrenę? I nie mówię tu o seriach w stylu „Meet the parents” czy „The Hangover” skleconych naprędce z kruchej wikliny chciwości. Mówię o kontynuacjach historii, które stały się kultowymi pod koniec XX wieku a dziś próbuje się do nich wracać. Pytam o to, dlaczego ktoś w tak okrutny sposób psuje mi co chwila wspomnienia?
Fanem trylogii o przygodach pewnego nie znoszącego nazistów archeologa jestem wielkim. Kiedy kładłem glazurę na podłodze w mojej łazience niektóre płytki połączyłem z miotaczem płomieni znajdującym się na prawo od lustra, te brązowe w kuchni z wyrzutniami strzałek o zatrutych ostrzach. Bardziej od Indiany kochałem chyba tylko jego filmowe partnerki i Seana Connery.
Dlatego też łatwo sobie wyobrazić, co czułem idąc po tylu latach przerwy na tak zwaną „Czwórkę”. Niestety, już po pięciu minutach, zacząłem podejrzewać, że film ten zrobili Polacy i nie mogłem się doczekać napisów końcowych, by moje przypuszczenia potwierdzić. A gdy po drugim kwadransie okazało się, że w historię będą zamieszani Obcy, wybiegłem z kina szybciej niż biczem trzasnął. „It’s not funny mister Jones, not funny!”
Idźmy dalej. Poruszony do głębi pierwszą częścią „Terminatora” wyrzuciłem z domu mikser, toster i czajnik elektryczny, bo nie chciałem pomagać maszynom w ich ekspansji. Po części drugiej wyrzuciłem wszystkie maszynki do golenia, a po trzeciej maszynę do pisania.
I znowu, kiedy w dosyć ważnej scenie „Czwórki” na ekranie zamiast Arnolda zobaczyłem powieszonego na metalowym krzyżu – krzyż jako symbol poświęcenia – cyborga, zacisnąłem kciuki, modląc się o to, by Skynet tym razem zwyciężył. Ludzkość zasługuje na zagładę, skoro zrodziła kretynów zdolnych wydać miliony dolarów, by wyprodukować taki stek bzdur.
A co powiecie na „Prometeusza”? Ok, to niby nie sequel, ale w ciąg totalnych filmowych porażek wpisuje się idealnie. Kolejne części cyklu o „Obcych” obejrzałem tyle razy, że chcąc być uczciwym wobec języka, nakleiłem na grzbietach moich dvd paski papieru ze zmienionymi tytułami: „Znajomy – ósmy pasażer Nostromo”, „Znajomy – decydujące starcie” itd. Każdą ich sekundę znam na pamięć, a i tak nigdy nie rozpoczynam oglądania bez założenia pieluchy, bo człowiek ze strachu czasem traci kontrolę nad swoim ciałem.
Kiedy jednak bohaterowie „Prometeusza” w korytarzu dobrze mi znanego statku napotkali projekcje biegnących Gigantów, przewidując co będzie dalej – Erichu Von Danikenie obyś był przeklęty – wycharczałem tylko „Ripley, ikill me” i podpaliłem się w fotelu, zanim moja klatka piersiowa z żalu eksplodowała.
Czy znęcać się dalej i pisać, że zgadzam się z pomysłodawcą „Die Hard 5”, bo rzeczywiście dzień, w którym zakochany w poprzednich częściach fan obejrzał choćby pierwsze dwadzieścia minut tego gniota, był wyjątkowo dobrym dniem by umrzeć? Cóź, w tym roku po raz pierwszy od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego ósmego, a więc od chwili premiery „Jedynki”, nie złożę podania o przyjęcie w poczet policji. Wolę już zostać złoczyńcą. Simon mówi: „Yippie ki-yey motherfucker!”
Żyjemy w czasach fabularnie bezradnych. I mam wrażenie, że opowieść jako taka się wyczerpała. Możliwe są już tylko sequele, remasteringi lub filmy o ludziach z wzniesionymi do góry ramionami i przekrzywioną głową błądzących wśród jęków po mieście. Zamiast atrakcyjnego ciągu wydarzeń wymyśla się dech zapierające półgodzinne sekwencje wybuchów i demolki. Jeszcze w tym miesiącu wejdzie na ekrany film, w którym potwór wielkości K-2 będzie walczył z monstrum tylko o głowę niższym lecz w barach szerszym, a ich pomocnikami będą asystenci Mont Blanc i Kilimandżaro. Na serio. I nie wiem, co producentom pozostanie na jesień, albo wiosnę przyszłego roku, ale mam wielką prośbę. Zostawcie już w spokoju ten XX wiek, wtedy telefony miały kabel, programy komputerowe piksle, a w ajpodzie trzeba było przekładać kasetę. Chyba tego nie zrozumiecie. Więc zanim przyjdzie wam do głowy nakręcenie przygód wnuka Johna McClane’a czy córki syna Indiany lub, o zgrozo, babci Ripley czy Sary O’Connor odpuśćcie. Jest przecież tyle śmiesznych komedii, w których można obsadzić de Niro czy Nicholsona. Albo wiecie, co? Od razu zróbcie z nimi serial! Najlepiej dziewięć sezonów.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Dlaczego nikt nigdy nie napisał trzeciej części Biblii?' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl