Boże, powinnam panu kupić obiad za wszystkie te dzieła!

Siedziałem sobie ostatnio w tak zwanym „Krokieciku” starając się zjeść jak najszybciej zupę pomidorową i to nie dlatego, że była nie dobra. Wszyscy, którzy znają ten lokal wiedzą, że pomidorowa smakuje tam jak politycy PO, niby do niczego sie nie można przypieprzyć, ale wszyscy zdają sobie sprawę, że na pewno mogłoby być lepiej.

Wciągałem więc, próbując nie siorbać, kluski i wyobrażałem sobie, że zupa jest cieplejsza. Aż tu nagle o kilka kroków ode mnie usłyszałem; „O rany!!! To naprawdę pan?” Cholera, a więc jednak warto było czekać te czterdzieści lat – pomyślałem próbując przyjąć obojętny wyraz twarzy. Podniosłem wzrok znad miski i zobaczyłem o kilka kroków ode mnie, nie mniej nie więcej tylko Matkę Polkę wijącą się w zachwycie nad … zgarbionym staruszkiem siedzącym trzy stoliki dalej. Skąd wiedziałem, że to Matka? Ściskała za rączkę małego chłopca, który choć mały, robił wszystko, podobnie jak jej Mąż w trwodze skulony nieopodal, by być niewidocznym. Skąd wrażenie, że to Polka? Cóż, kobieta z Albuquerque zapewne zakrzyknęłaby „O my God!” lub „Wow”.

I teraz tak, zaraz po tym, gdy zorientowałem się, że okrzyk zachwytu nie mi się należał przyjrzałem się baczniej wspomnianemu staruszkowi i rozpoznałem w nim Tadeusza Konwickiego. Konwicki siedział przy stoliku, na którym stały pusta miseczka po zupie, wymieciony do ostatniego kartfola talerz po drugim daniu i pusty kieliszek po winie. „O rany!!! To naprawdę pan? Boże, powinnam panu kupić obiad za wszystkie te dzieła!” usłyszałem, jak bliska omdlenia kobieta kończy to, co zaczęła. Konwicki odrobinę zmieszany zerknął na resztki żarcia stojącego przed nim, potem na panią i raz jeszcze na puste talerze. „Bardzo pani dziękuję, ale ja właśnie skończylem” – wychrypiał odrobinę zagubiony. „Boże, nie!!! Proszę nie kończyć, ja tak pana uwielbiam, proszę coś jeszcze jednak napisać” – wykrzyknęła kobieta.

I wtedy pomyślałem, widząc jak jej mąż stara się przybrać kształt krzesła, a synek zmienia się w niczym Terminator z „Dwójki” w terakotę na podłodze, że mimo wszystko, ta pani ma chyba ma rację Nie można tak nagle kończyć bez powodu i w pół kotleta. Nawet jeśli obiektywne fakty, by ku temu zachęcały. Dobry wieczór Państwu. Wiem, że było Wam beze mnie nieokiełznanie źle i bardzo ale to bardzo pomidorowo



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Boże, powinnam panu kupić obiad za wszystkie te dzieła!' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl