Screen Shot 2017-06-08 at 20.32.41

Bohater o tysiącu twarzach

Działo się to pod koniec lat siedemdziesiątych. Joseph Campbell, amerykański religioznawca, pisarz i erudyta, jakich mało, zapytał swojego syna, dlaczego ten idzie do kina na Gwiezdne Wojny po raz pięćdziesiąty. Czy nie ma innych filmów? Zżyma się trochę i narzeka poczytny w pewnych kręgach autor. Jak często można oglądać ten sam film? A ile razy w swoim życiu, pyta go dziecko, ty Tato przeczytałeś Biblię?

„Bohater o tysiącu twarzach”, taki tytuł nosi jedna z książek Campbella. Hanka twierdzi, że poprawna forma tego słowa to „buhater”. Brzmi to według niej bardziej przekonująco. Kazała nam nawet to sprawdzić w googlach. „Wpisz proszę: ktoś, kto ratuje świat.” – zaproponowała – „I sam zobacz, jak się to pisze!”.

No właśnie. Jak to dziś napisać? Kto jest naszym bohaterem? Luke Skywalker? Lech Wałęsa? Strażnik Teksasu? „Łupaszka”? Donald Trump wydający wątpliwy ze względów militarnych rozkaz zbombardowania rządowych lotnisk w Syrii? Czytałem tuż przed Wielkanocą Chandlera i przypomniałem sobie czasy, kiedy był to Philip Marlowe. Zamierzchłe czasy!

Ludzkość jest w ciągłych tarapatach i bez bohaterów skazana byłaby na zagładę. Dlatego co jakiś czas pojawiają się herosi gotowi bogom wykraść ogień, bez którego trudno sobie wyobrazić porządną karkówkę.

Albo tacy, którzy zabierają im prymat wdzięku i urody. Nie mam tu na myśli sióstr Kardashian, lecz Helenę Trojańską, piękniejszą nawet od córki Zeusa. Są wreszcie i ci najwspanialsi, najdzielniejsi z dzielnych. To oni gotowi są zrobić wszystko, by przekazać nam tajemnicę wiecznego życia. Umówmy się, nawet sto lat to za mało, by nacieszyć się smakiem kwaśnych papierówek.

Ozyrys, Adonis, Odyn, Jesus. Żaden śmiertelnik przed nim nie pomyślał o sobie jak o ziarnie pszenicy czy pestce oliwki umierających co roku po to, by narodzić się na nowo. Wprawdzie każdy, kto na wiosnę obserwował to, co dzieje się na tych kilku akrach ziemi, jakie posiadał, musiał wpaść na ten pomysł, ale nieśmiertelność nie była domeną ludzi.

Poczuć w sobie moc odradzającej się natury. Być jak Jezus czy inni „buhaterzy”. A może nie ma już innych. Jak to się dzieje, że ta opowieść o Nazarejczyku przetrwała dwa tysiące lat? Być może zawdzięczamy to determinacji kilkunastu irlandzkich mnichów, którzy po upadku Starożytnego Rzymu przepisali ją w wystarczającej liczbie kopii. A może całą zasługę należy przypisać mroźnemu klimatowi Europy, której mieszkańcom trudno by było dotrwać do maja bez tych kilku słów otuchy.

Trudno dziś orzec, ale jedno jest pewne. Wielkanoc to święto, które lubimy. A wizerunek tego, który zstąpił do Piekieł i stamtąd wrócił co roku pojawia się na pierwszych stronach gazet.

Chcemy wierzyć, że tak jak on potrafimy się podnieść pomimo ostatecznego upadku. Patrz Kamil Durczok. Powtarzamy za nim, kochaj, bo bez miłości byłbyś jak miedź brzęcząca. Wybieramy swoich Piłatów do bułhakowskich rozważań o tym, co jest dobre i co złe. I to bardzo dobrze. Tego się trzymajmy.

W dzisiejszych czasach bohaterom zabiera się wszystko, nie tylko w filmach o Batmanie. Bohaterów się wymienia i zapomina. Wszystko zależy od tego, kto ma klucze do gabinetu szefa telewizji.

Ja jako dziecko bawiłem się w Janka Kosa, Hanka bawi się w chatę w lesie otoczoną przez żądnych krwi komunistów. Wojny do 1945 roku jak chcą rządzący dzisiaj właściwie nie było. I nie była ona światowa, a toczyła się wyłącznie na wschodnich rubieżach Polski.

Chyba to więc dobrze, że przynajmniej ten jeden pozostaje niezmienny. I spuśćmy zasłonę miłosierdzia na żałosne próby wciągnięcia go w poczet królów Polski. Szczerze mówiąc banknotu z jego wizerunkiem sobie nie wyobrażam, ale to co zrobił i mówił doceniam. Niezmiennie od ponad czterdziestu lat. „Wiesz, że w każdym kościele, jest takie miejsce, w którym schowane jest Mięso Boga?” To znów Hanka, która gdzieś tam na religii usłyszała o ukrytym w tabernakulum Ciele Chrystusa.

Święta Wielkanocne za nami. Uczniowie po raz kolejny nie znaleźli w grobie Ciała swojego Mistrza. I pozostaje mieć nadzieję, że od jutra znów poniosą w świat tą opowieść. O tym, że nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko ludzie którzy próbują nam wmówić, że ta zima się nie skończy. Skończy się na pewno. Proszę mi wierzyć, chociaż jestem człowiekiem niewierzącym. Jeszcze będzie przepięknie. Potraktujmy tylko tą możliwość zmartwychwstania dosłownie.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'Bohater o tysiącu twarzach' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl