all you need

All you need is love

Powody, dla których ktoś zajmujący się zazwyczaj anegdotą, zamieszcza takie zdjęcie, mogą być różne. Może chciałem znaleźć pretekst, by pokazać Wam podczas przymrozków trochę golizny, może zaproponować podążanie za hasłem z okładki. A może – to po prostu świetna książka.

Rzadko się zdarza, by autor do tematu kontrkultury podszedł w taki sposób. To znaczy przed odkurzeniem maszyny do pisania przeczytał wszystko na ten temat, a potem opowiedział to tak, że akademików skręci ze złości. Bo nie ma w tym woluminie ani jednego słowa, które kończy się na -izm. Nie ma teorii, odwoływań się do McLuhana, czy Ortegi y Gasseta.

Są za to proste, wypełnione zaskakującymi faktami, zdania. Nawet dla kogoś, kto oglądał już to i owo na YouTubie. Przypadkowo wybrany akapit wystarczy, by rozpocząć trzygodzinną dyskusję. O ile dorwie się akurat kogoś o podobnych zainteresowaniach. A na każdej niemal stronie: The Beatles, Jagger, Grateful Dead, Hendrix, Ginsberg, Hoffman, Leary. I to bez powtarzania banałów.

Swingujący Londyn, zrozpaczeni politycy, Haight-Ashbury, psychodelia jako towar, Wietnam, kwiaty, pacyfki, gaz łzawiący.

Innymi słowy, rzecz jest obowiązkowa. Autor jest koneserem i lubi przy tym swojego słuchacza lub czytelnika. Książek wspominających tamte czasy jest wiele. Albo się gubią w encyklopedycznym bełkocie, albo nużą szybciej niż albumy Adele, albo puszą się wspomnieniami osobistymi autora. Ta jest inna. Czytam nawet stojąc na ruchomych schodach. Bardzo się ciesząc, kiedy znieruchomieją z powodu braku prądu.

I jeszcze nie skończyłem, ale czekam już na część drugą. Wprawdzie to nie powieść, ale jeśli w dzisiejszych czasach napisze się coś dobrego, to trzeba z tego zrobić trylogię.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'All you need is love' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl