Zrzut ekranu 2017-06-08 o 13.15.59

A jednak to Piran a nie Pirana. Biję się w piersi i potępiam swoje myśli

I po zdjęciach. Trzeba odpocząć! Dziś rano pojechaliśmy do Triestu. Okres jest przedświąteczny. Kiermasze. Można nabyć oliwę, dobre tanie wino albo jakieś bardzo śmierdzące sery. Mi szczególnie zależało na winylach, które tu na ulicy można kupić za jedno euro. Od dawna szukam dwóch pierwszych singli Rominy Power i Albano i tego specjalnego, legendarnego wydania debiutanckiego albumu Drupiego, w którym ten śpiewa po niemiecku.

Płyt niestety nie było. Skierowaliśmy się więc dalej. Do Piranu. Zapytałem kierowcy, czy ma trzy czarne worki w bagażniku. Mogą być plastikowe. Potrzebowaliśmy ich koniecznie, by nie patrzeć na Portoroż, który jest odrobinę tylko ładniejszy od Darłowa. Kierowca przytaknął, powiedział, że rozumie i bez chwili zastanowienia podarł swój t-shirt na paski. Zawiązując nam oczy szczerze przepraszał, ale on patrzeć musi. Ok. Byle, niczego co widzi, nie komentował.

Na miejsce dotarliśmy więc w zupełnej ciszy, chociaż mi w głowie grała przez cały czas „Felicita” i „Du gibst nie die Moglichkeit dich ehrlich zu zeigen” Drupiego. Pirana! Jedno z tych miasteczek, których opisać się nie da, chyba, że Wasze dzieci lub siostrzeńcy często grają w te śmieszne gry o zabójcach smoków i orków. Tylko tam zdarzają się tak niecodziene labirynty uliczek, zaułków i sznurów z wywieszonym praniem. Tylko w grach i tutaj dachówki aż się proszą, by po nich pobiegać. Średniowieczny, grubo ciosany bruk, kamienne ramy drzwi i okien, często używane okiennice, biustonosze, majtki i poduchy we wszystkich kolorach.

Wyobraźcie sobie obraz Boscha, na który ktoś przez pięćset lat nanosił zmiany i poprawki. Każdy właściciel coś dodał, zeskrobał, zastąpił. Piran jest od Boscha o 200 lat starsza. I nigdy nie była zniszczona.

Trudno się dziwić. Jakikolwiek oddział najemników próbujących splądrować miasto gubił się już po trzecim zakręcie. „Ok tu jest dziewięćdziesiąt dukatów, cały nasz półroczny żołd. Dodamy jeszcze palec świętej Heleny. Prawdziwy, bo sami go obcięliśmy, ale błagam, niech nas ktoś stąd już wyprowadzi”.

Niektóre uliczki są tutaj tak wąskie, że zamieszkające Piran liczne koty bardzo często rezygnują z trzeciego obiadu. Albo to albo powrót do domu. A restauracje z turystami są jednak na dole, przy wybrzeżu. Inne z kolei sprawiają, że nasz błędnik żąda spotkania z adwokatem. Zakręty, zawijasy, załamiania. Maurits Cornelis Escher. Cholera, przy tej palmie już dwa razy byliśmy. I wtedy dopiero co kwitła. A jednak trzeba tu przyjechać, ale najlepiej teraz czyli jesienią. Po sezonie turystycznym. A jeśli będziecie się wybierać, to zajrzyjcie proszę do Triestu. Obok ratusza, po prawej stoi koleś z winylami, który obiecał mi tego Drupiego.



Jak to jest? Zarabiać na życie pisząc. Dla innych. Na zamówienie. Przez blisko dwadzieścia lat? Wszystko szło dobrze do momentu, kiedy frank był po dwa złote. Byłem nawet raz, czy dwa razy w Stanach. I za każdym razem, gdy wracałem myślałem sobie, już wystarczy. Pora przejść na emeryturę i wreszcie zrobić coś dla siebie. Poszedłem do fryzjera. I założyłem bloga. Dlatego, że pamiętam lata dziewięćdziesiąte i czasy, gdy do znajomych dzwoniło się z budki. Pamiętam też osiemdziesiąte, w których budek nie było. Była za to Madonna. Czy jest sens o tym wszystkim pisać? Cóż, to chyba bardzo dobre pytanie.


'A jednak to Piran a nie Pirana. Biję się w piersi i potępiam swoje myśli' Brak komentarzy

Bądź pierwszy, który skomentuje ten post!

Chcesz podzielić się swoimi przemyśleniami?

Twój adres e-mail nie bedzie opublikowany.

copyright © misieknaantenie.pl